estetycznie, indywidualnie…

Przenosiny

Podobało mi się tutaj, lecz obsługiwanie strony było dosyć kłopotliwe, przeniosłam więc cały blog na Bloggera. Przeprowadzka odbyła się prawie bezproblemowo, tylko jeden mój post uległ lekkiemu zniekształceniu, natomiast nie przepadł żaden komentarz. Nie mogę więc powiedzieć, że zaczynam wszystko od początku. Jedynie otoczenie jest nowe. Wszystkich czytelników zapraszam pod nowy adres:

Minimalnie

Nie jestem całkiem pewna, czy na Bloggerze wszystko będzie  funkcjonowało, jak należy, i tego bloga nie usunę, lecz nowe wpisy pojawią się już właśnie tam.

Rubia

Reklamy

 

Kiedy trzy dni temu zaczęłam pisać ten tekst, jesień była w pełni. W pokoju, gdzie zwykle piszę, od paru dni zrobiło się dziwnie jasno, gdyż jesiony, ocieniające tę część domu, straciły już wszystkie liście. Jeszcze pod płotem kwitły lila marcinki, kontrastując z żółtą koroną pigwy i różowymi liśćmi borówek amerykańskich, jeszcze parę róż pyszniło się czerwienią. Teraz to już przeszłość. Wszystkie barwy przykrył śnieg. Kiedy stopnieje, jedynym przyciągającym wzrok akcentem będą czerwone plamki rajskich jabłuszek, którymi jabłoń jest w tym roku obsypana. Sikorki i sójki kręcą się jednak żwawo, wydziobując jagody z dławisza i strącając śnieg z gałązek.

Wchodzimy w listopad, który zaczyna się świętem. Ważnym, chociaż wcale nie radosnym. Wszystkich Świętych, a po nim Dzień Zaduszny. Chrześcijańskie święto, które wchłonęło starsze obrzędy, czyli obchodzone pierwszego listopada słowiańskie i bałtyjskie Dziady, a na innych obszarach Europy – celtycki Samhain, święto zmarłych, ale również początek roku. Nawet u starożytnych Rzymian, którzy zmian pór roku doświadczali w sposób łagodniejszy, niż mieszkańcy Europy na północ od Alp, listopad poświęcony był Korze-Persefonie, porwanej przez władcę świata podziemi, Hadesa-Plutona. Read the rest of this entry »

Zauważyłam, że wpis Z książką przed szafą był wyświetlany zdecydowanie częściej, niż inne, chociaż nie prowadzę przecież blogu o modzie. Pomyślałam więc, że warto dorzucić jakąś stronę czy półtorej o tych sprawach, które nie pojawiły się w poprzednim poście. Kolory to przecież temat może nie niewyczerpany, ale i ciekawy, i naprawdę bardzo obszerny…

W minimalistycznej garderobie, ograniczonej do niewielkiej liczby ubrań, ich wzajemne dopasowanie staje się sprawą naprawdę ważną.  Każdy nietrafiony zakup sprawia bowiem, że albo mamy kolejną rzecz zbędną, albo musimy do niej coś dokupić, tworząc w ten sposób łańcuszek powiększający nasz stan posiadania o coś, czego wcale nie planowałyśmy. Read the rest of this entry »

 Niedawno w prasie pojawiły się artykuły związane z wydaną właśnie książką dwojga autorów, którzy postanowili pół roku przeżyć w PRL-u. Wybrali się w taką częściową podróż w czasie, możliwą głównie dzięki przedmiotom, które przetrwały z tamtego okresu, gdyż sytuacji społecznej przecież odtworzyć się nie da.

Ja akurat pamiętam PRL całkiem nieźle, więc moje wspomnienia dosyć różnią się, i to nie tylko w szczegółach, od tej próby rekonstrukcji ówczesnego życia, ale nie w tym rzecz.

 W Anglii są miłośnicy przeszłości, którzy swoje domy albo i rezydencje urządzają tak, jakby żyli w czasach panowania królowej Wiktorii (zmarłej w roku 1901), czy też jej następcy, Edwarda VII. To jeszcze jedna forma rekonstrukcji historycznych; prywatna, bardzo indywidualna, a przy tym długotrwała. Takie stylizacje, które obejmują nie tylko wyposażenie i wystrój wnętrz, lecz nawet stroje, możliwe są przede wszystkim w krajach, gdzie zachowało się wiele materialnych pozostałości dawnych epok. Wszystkie bowiem przedmioty powinny być autentyczne, może poza ubraniami. Nie tylko dlatego, że tkaniny są nietrwałe, lecz przede wszystkim ze względu na rozmiary. Przerośliśmy naszych przodków, przynajmniej jeśli chodzi o wzrost i obwód bioder.

Generalnie, jest to hobby kosztowne, w którym zamiłowania kolekcjonerskie łączą się ze swoistą chęcią tworzenia sobie azylu jak najbardziej odmiennego i odległego od współczesności. Read the rest of this entry »

 

Kiedy kończył się nasz pobyt w Niemczech, zastanawialiśmy się nad kupnem samochodu, gdyż stary już się rozsypywał. No i pojawiło się pytanie: nowy, czy używany? Któregoś dnia mąż po powrocie z pracy powiedział:
– Wiesz, zgadało się z szefem o samochodach. On jeździ siedemnastoletnim oplem. I nigdy w życiu nie kupił sobie nowego samochodu.
No tak, szef. Był profesorem i kierownikiem zakładu w dużym instytucie badawczym. Można powiedzieć, że na biednego nie trafiło. Do tego nie był jakimś patologicznym skąpcem. Żeglował, dużo podróżował, oboje z żoną chodzili do opery, na koncerty… A na nowy samochód żal mu było pieniędzy.
To właśnie w Niemczech stanęłam oko w oko z problemem kupowania rzeczy używanych. Wynajęliśmy mieszkanie nie umeblowane. Część mebli mąż pożyczył z instytutu (mieli tam wypożyczalnię dla osób, które przyjeżdżają na czas zbyt długi, by mieszkać w hotelach), część musieliśmy dokupić – tanio, bo nie zamierzaliśmy zabierać ich potem do Polski.
Właśnie wtedy zapoznałam się z wielkimi magazynami, gdzie sprzedawano meble, których pozbyli się poprzedni właściciele.

Czytaj więcej »

Grajek i tancerka
Kodeks Manesse, ok. 1300 Heidelberg, Biblioteka Uniwersytecka

Właściwie miałam zamiar pisać o czymś zupełnie innym, ale tak mi się jakoś nostalgicznie zrobiło… Pewnie dlatego, że skończył się festiwal Skrzyżowanie Kultur, w tym roku prowadzący w regiony naprawdę odległe, a trochę może też i dlatego, że na mój blog trafił czytelnik, który w wyszukiwarce wypisał frazę: strój średniowiecznego grajka. Wprawdzie akurat piszę raczej o strojach nieśredniowiecznych, ale to mnie zastanowiło. Czyżby ktoś z grupy rekonstrukcyjnej szukał wzorów kostiumów?  Tak więc i o strojach tutaj będzie trochę, chociaż oczywiście ważniejsza jest muzyka.  A także to, w jaki sposób powstawała.

Średniowiecze nie znało pojęcia praw autorskich; wprost przeciwnie, naśladowanie jakiegoś znakomitego pierwowzoru było nawet zalecane i pochwalane. Dlatego rozmaitych naśladownictw i trawestacji spotykamy w tej muzyce niemało; najczęściej – co zresztą aż do dzisiaj jest częstą praktyką – układano nowy tekst do już istniejącej melodii. Read the rest of this entry »

Pani Muzyka. Miniatura z francuskiego rękopisu z około 1500 r. Paryż, BNdF.

Nie będę zakładać odrębnego blogu dla tych moich średniowiecznych wędrówek nie-wędrówek, więc piszę tutaj, chociaż z minimalizmem mają one niewiele wspólnego. Za to dużo z powrotem do korzeni, a może do źródeł. Kulturowych, rzecz jasna.

Te średniowieczne festiwale, o których wcześniej pisałam, nie zasługiwałyby w pełni na swoją nazwę, gdyby brakowało na nich śpiewu, tańca i w ogóle muzyki. Na szczęście, muzyka jest tam stale obecna. Grają i śpiewają zarówno amatorzy, jak i profesjonaliści, do tego bardzo biegli w swoim fachu. Ale – co właściwie grają?

Ze średniowieczną muzyką świecką – bo przecież na takich spotkaniach nie śpiewa się Stabat Mater ani Dies irae – jest ten problem, że właściwie nie wiadomo, jak brzmiała. Skale muzyczne były wówczas inne, niż obecnie, zapis nutowy – też odmienny i na jego podstawie można odtworzyć właściwie tylko melodię, a i to nieczęsto się zdarza. Zachowały się całe śpiewniki, które można traktować właściwie jak zbiory poezji, gdyż brak w nich notacji muzycznej. Z innych źródeł wynika jednak, że te wiersze były śpiewane. Właściwie dopiero z XIV i XV wieku, a więc z tego okresu, który nazywany jest jesienią średniowiecza, zachowało się więcej tekstów z zapisem towarzyszącej im melodii. Dzieje się tak dlatego, że muzyka często była improwizowana, a instrumentarium – zmienne, zależne od okoliczności. W zamkowej komnacie można śpiewać we dwoje, akompaniując sobie na lutni, która ma dźwięk piękny, lecz mało donośny. Ta sama lutnia nie będzie słyszalna na miejskim placu. Tu potrzebny jest i większy zespół, i inny zestaw instrumentów.

Z instrumentami też zresztą są kłopoty. Te oryginalne to prawdziwe rarytasy, przechowywane w muzeach.  Nowe trzeba budować, posługując się obrazami.  Na tej miniaturze u góry, Pani Muzyka gra na psalterium, obok niej po lewej stronie leży harfa, a po prawej stoi portatyw. Z harfą nie ma wielkich problemów, gdyż ciągle była i jest używana, ale psalteria i portatywy wyszły z użycia dawno temu i teraz fachowcy muszą je rekonstruować. Brzmienia jednak w ten sposób nie sprawdzą.

Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, jedni wykonawcy chcą pozostać możliwie najbardziej wierni epoce, dla drugich zaś zapisy z przeszłości są jedynie punktem wyjścia do rozmaitych wariacji na temat. Dzisiaj parę przykładów tego nurtu rekonstrukcyjnego, w którym wykonawcy mieli do dyspozycji nie tylko tekst, ale również zapis melodii.

Tu taka sytuacja najprostsza: dwoje śpiewaków i lutnia. Amerykański duet Asteria, a pieśń? Miłosna, dworska, ze śpiewnika wykonanego dla księcia Burgundii Filipa Śmiałego pod koniec XIV wieku. Bardzo kameralnie i lirycznie.

 

A tu zupełnie inna sytuacja: Calenda Maia, duży zespół, wiele instrumentów, muzycy w strojach stylizowanych na epokę, instrumenty rekonstruowane według średniowiecznych wzorów, repertuar różny, pieśni świeckie i religijne. Grajkowie są również śpiewakami (nawet flecista!). Dama w jasnej sukni gra na portatywie – małych, przenośnych organach. Niektóre były tak małe, że grajek nosił je na pasie przerzuconym przez ramię, a do gry ustawiał na kolanie.

Asteria to zespół z USA, a Calenda Maia – z Chile. Najlepszy dowód na to, że te średniowieczne zabawy podobają się również tam, gdzie średniowiecze, w naszym rozumieniu tego słowa, nie istniało.

A teraz fragment utworu, który można by nazwać – czy ja wiem? Prototypem operetki? Musicalu? Śpiewana opowieść o pasterce Marion, która odrzuca zaloty rycerza i pozostaje wierna swojemu Robinowi. Tekst z XIII wieku, francuskiego truwera Adama de Halle. Wykonuje włoski zespół Micrologus, już od ćwierćwiecza jeden z najlepszych w tej branży. Muzycy z Micrologusa noszą stroje współczesne, lecz na scenie zachowują się jak taki prawdziwie średniowieczny, wędrowny zespół grajków, którzy byli również tancerzami, a w razie potrzeby – aktorami.


Micrologus nie raz już przyjeżdżał do Polski. Tutaj całkiem świeży filmik z festiwalu Pieśń Naszych Korzeni w Jarosławiu, w sierpniu tego roku.

Trzy dziewczyny śpiewają a cappella. Mimo rześkiej, porywającej melodii, jest to pieśń religijna, i do tego śpiewana w Wielkim Tygodniu. Coś jak nasze Gorzkie żale. Ale powstała we Włoszech, a konkretnie na Sardynii, więc ten południowy temperament wyraźnie się w niej ujawnia.

To jest właściwie pieśń ludowa. Muzyka średniowieczna, wbrew temu, czego można by się spodziewać, ma z ludową niewiele wspólnego, jest znacznie bardziej złożona, żeby nie powiedzieć – wyszukana. Jednak niektóre pieśni ludowe mogą sięgać korzeniami czasów bardzo odległych, a do tego pewne instrumenty średniowieczne, później zapomniane, przetrwały w muzyce ludu. I teraz wiele zespołów chętnie uzupełnia swój repertuar takimi utworami, często śpiewanymi od kilkuset lat, w formie prawie nie zmienionej.

 

No i właśnie za to lubię tę muzykę. Za autentyczność. Za piękne, a w każdym razie ciekawe głosy. To jest prawdziwy sprawdzian dla śpiewaków. W nagraniach studyjnych można brzmienie trochę podrasować, ale przy występach na żywo takich możliwości nie ma. Pozostają tylko głosy i instrumenty, czyli forma najbardziej pierwotna.

Oczywiście, że te zespoły, nawet najbardziej profesjonalne, mogą liczyć najwyżej na promile tej popularności, jaką cieszą się rozmaite gwiazdy popu. Ale mają wiernych słuchaczy. Niedawno na stronie internetowej pewien fan zarzucał swoim ulubieńcom, że na koncercie korzystali ze wzmacniaczy. Grajkowie tłumaczyli się, że na otwartej scenie, kiedy słucha ich około tysiąca osób, inaczej się nie da. I że zapraszają na swoje tournée klubowe, kiedy będą grać w małych salach, całkowicie bez żadnych technicznych udogodnień. Żeby było tak średniowiecznie i autentycznie, jak to w ogóle możliwe.

Rubia