estetycznie, indywidualnie…

Grajek i tancerka
Kodeks Manesse, ok. 1300 Heidelberg, Biblioteka Uniwersytecka

Właściwie miałam zamiar pisać o czymś zupełnie innym, ale tak mi się jakoś nostalgicznie zrobiło… Pewnie dlatego, że skończył się festiwal Skrzyżowanie Kultur, w tym roku prowadzący w regiony naprawdę odległe, a trochę może też i dlatego, że na mój blog trafił czytelnik, który w wyszukiwarce wypisał frazę: strój średniowiecznego grajka. Wprawdzie akurat piszę raczej o strojach nieśredniowiecznych, ale to mnie zastanowiło. Czyżby ktoś z grupy rekonstrukcyjnej szukał wzorów kostiumów?  Tak więc i o strojach tutaj będzie trochę, chociaż oczywiście ważniejsza jest muzyka.  A także to, w jaki sposób powstawała.

Średniowiecze nie znało pojęcia praw autorskich; wprost przeciwnie, naśladowanie jakiegoś znakomitego pierwowzoru było nawet zalecane i pochwalane. Dlatego rozmaitych naśladownictw i trawestacji spotykamy w tej muzyce niemało; najczęściej – co zresztą aż do dzisiaj jest częstą praktyką – układano nowy tekst do już istniejącej melodii.

Na początek właśnie takie dwie pieśni. Tę wykonywaną jako pierwsza napisał najwybitniejszy chyba niemiecki poeta średniowieczny; autor liryków  miłosnych, czyli minnesinger, Walter von der Vogelweide (zmarły około roku 1230). Under der linden opowiada o nocnym spotkaniu kochanków – na łące, pod lipą, pośród kwiatów i przy śpiewie słowika. I tekst, i melodia mają wiele wdzięku i na pewno się podobały słuchaczom. Okazuje się jednak, że Walter wzorował się na wcześniejszej pieśni anonimowego francuskiego trubadura. Niemiecki tekst nie jest dokładnym  tłumaczeniem pierwowzoru (byłoby to zresztą zadanie karkołomne, ze względu na kłopoty z zachowaniem i długości wersów, i miary rytmicznej), lecz oba utwory, wykonywane przez tego samego śpiewaka, brzmią właściwie jak jeden. Tyle, że język się zmienia z niemieckiego na francuski.

Śpiewak, Knud Seckel,  akompaniuje sobie na lirze korbowej. Nie wiadomo, na jakim instrumencie grał Walter von der Vogelweide, który sam wykonywał własne utwory. Ci słuchacze, którzy siedzą za plecami śpiewaka, to jego rywale, gdyż nagranie pochodzi z konkursu minnesingerów na zamku Spangenberg w 2007 roku. Niemcy co roku organizują  takie konkursy, na których współzawodniczą zawodowi wykonawcy muzyki średniowiecznej, najczęściej z Niemiec i Austrii, ale czasem także goście przybyli z innych krajów. Knud Seckel już kilkakrotnie wygrał tę rywalizację. Tutaj towarzyszą mu, podobnie jak innym minnesingerom na tej imprezie, muzycy z grupy Musiktheater Dingo.

Czy tak mogli wyglądać średniowieczni grajkowie? Jest to prawdopodobne, chociaż niewiele mamy dokumentów, które pozwalałyby ich  zobaczyć. Około roku 1300, najprawdopodobniej w Zurychu, powstał zbiór pieśni (samych tekstów, bez notacji muzycznej), zwany od nazwiska właścicieli Kodeksem Manesse. Zawiera on również miniatury, które  pokazują autorów tych pieśni, i to w pełnym przekroju społecznym: od cesarza Henryka VI, króla Czech Wacława II i polskiego księcia Henryka IV Probusa (układał wiersze w języku niemieckim. Całkiem zgrabne, jak twierdzą specjaliści), przez landgrafów, hrabiów i rycerzy aż po ludzi, których jedynym dobrem był talent poetycki i muzyczny. Cóż, w średniowieczu komponowanie piosenek miłosnych było rozrywką dworską. Francuscy trubadurzy, truwerzy, a ich śladem niemieccy minnesingerzy często należeli do znakomitych rodów, a jeśli nie, to byli dworzanami możnych.

W Kodeksie Manesse znalazła się miniatura pokazująca śpiewaków, którzy rywalizują w konkursie na dworze landgrafa na zamku Wartburg. Jest pomiędzy nimi także Walter von der Vogelweide.  Właśnie ten rękopis często stanowi  źródło inspiracji dla projektantów strojów z epoki, chociaż oczywiście moda średniowieczna też była zmienna i po roku 1300, a już zwłaszcza w XV wieku, grajkowie mogli ubierać się zupełnie inaczej.

Wracając do muzyki: tutaj jeszcze jedno wykonanie Under der linden. Zespół Orpharion z Belgradu;  instrumenty wzorowane na średniowiecznych, stroje lekko tylko stylizowane. Skład wieloosobowy, mieszany, lecz śpiewa solistka. I tak właśnie powinno być, gdyż tekst, chociaż jego autorem jest mężczyzna, został napisany w imieniu kobiety. To Ona  opowiada o tym, jak wychodzi nocą na łąkę, gdzie czeka On.

Nie wiadomo, czy w średniowieczu do zespołów muzycznych należały śpiewaczki i muzykantki. Zapewne tak, gdyż nawet członkowie wędrownych trup mieli żony, a tym bardziej grajkowie należący do kapel nadwornych albo miejskich. Układaniem i komponowaniem pieśni zajmowały się, wzorem mężczyzn, także szlachetnie urodzone damy, które na pewno opanowały również  sztukę śpiewu, lecz dla nich to była rozrywka, jeden z wielu elementów dworskiego – i dwornego – życia. Francuzi mają nawet odrębną nazwę na określenie kobiety-trubadura: trobairitz.

 Tutaj pieśń skomponowana przez taką właśnie prowansalską trobairitz, hrabinę Beatriz de Dia. Nie wiadomo dokładnie, kiedy się urodziła, ani kiedy umarła. Jej wiersze datuje się zwykle na lata około 1180. Podobno łączyła ją miłość z trubadurem Raimbautem de Vaqueiras.  Niespełniona, gdyż Beatriz była zamężna z kim innym. Taka była zresztą ówczesna konwencja, dworska i zarazem literacka: opiewać kobietę wybraną, lecz niedostępną. Zadziwiająco wiele średniowiecznych heroin i adresatek miłosnych westchnień było mężatkami, co samo uczucie zamieniało w rodzaj  przygody pełnej niebezpieczeństw. Ta zasada spiętrzania przeszkód działała również wówczas, kiedy autorką poezji miłosnej była kobieta: ona, skrępowana małżeńskimi więzami, i on, swobodny ptak. No cóż.

Zachowało się zaledwie kilka wierszy Beatriz, w tym tylko jeden z muzyką: A chantar m’er. O cierpieniach miłosnych, oczywiście. W języku okcytańskim, gdyż w nim właśnie trubadurzy układali większość swoich utworów. Wybrałam nagranie irańskiej pieśniarki Azam Ali (znowu to przekraczanie barier dzielących kraje i narody!), gdyż jest ono wolne od takiej cokolwiek kościelnej maniery śpiewania tekstów świeckich, jaką często można zaobserwować u europejskich wykonawców muzyki dawnej. Średniowieczna muzyka religijna jest o wiele lepiej znana, właściwie każdy zespół ma ją w swoim repertuarze i zasady jej wykonywania przenoszone są także na utwory o zupełnie innym charakterze. Nie ma to większego uzasadnienia, trudno przypuszczać, że repertuar towarzyszący ucztom albo towarzyskim spotkaniom w ogrodzie śpiewano „na kościelną nutę”. Wykonanie Azam Ali wprowadza do tej muzyki lekki rys orientalnego egzotyzmu, a poza tym – przyjemnie posłuchać tak pięknego głosu.

I jeszcze jeden utwór trubadura. Bardzo znany, często wykonywany w najrozmaitszych aranżacjach: alba Reis glorios Guirauta de Bornelh, znowu z około 1180 roku, znowu w języku okcytańskim. Alba, czyli pieśń śpiewana o świcie, będąca rodzajem podziękowania za wspólnie spędzoną noc. Znane są alby, które wykonuje kobieta, budząc w ten sposób kochanka.

W Reis glorios sytuacja jest dość skomplikowana. Śpiewa mężczyzna, lecz zwraca się do innego mężczyzny, który właśnie przebywa u kochanki. Giermek? Troskliwy przyjaciel? Ostrzega tego drugiego, że nadchodzi świt i zaraz może obudzić się zazdrośnik. Oczywiście, ukochana jest mężatką… Reis glorios to Król chwały, gdyż alba zaczyna się prośbą do Boga, by chronił zuchwalca. Dopiero później przychodzą wyjaśnienia:

O, dobry druhu, gdy uciekasz / modlitw do nieba wznoszę głos / by ten, co wcielił się w człowieka / wstrzymał nad tobą wszelki cios. (przekład Zofii Romanowiczowej, cytuję z pamięci).

W ostatniej strofie głos zabiera ostrzegany. Owszem, zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństw, lecz świt mu niestraszny. Ciało, które trzyma w ramionach, jest takie piękne… Obaj mężczyźni, zwracając się do siebie, używają słów bel compan, albo bel dos compan. Na polski różnie to tłumaczono: przyjacielu dobry, dobry druhu, czy piękny mój miły (jak u Romanowiczowej). To ostatnie jest najbliższe oryginału, w którym przyjaciel jest piękny i słodki (miły). Nie jest to prosta historia, doprawdy.

Zasadniczo, Reis glorios nie jest tekstem przeznaczonym dla kobiet, chociaż one również czasem go śpiewają. Tu wykonanie na głos męski, a cappella, bez jakiegokolwiek akompaniamentu. Śpiewa solista ze Schola cantorum z Bazylei.  Czyni to kunsztownie, ale, jak na mój gust, w sposób trudny do odróżnienia od pieśni religijnych.

 Tutaj, w znacznie żywszym tempie, wykonanie Simone Soriniego z zespołu Micrologus. Bez nadmiernej celebracji, co, mam wrażenie, wychodzi całości na dobre.

 A tu dwujęzyczna wersja polska i wykonanie Jacka Kowalskiego. Tłumaczenie chyba jego własne, gdyż Kowalski jest romanistą, a do tego specjalistą od sztuki i muzyki średniowiecznej. Wydał świetną książkę  Niezbędnik trubadura. Tutaj akurat ostatnią strofę śpiewa ktoś inny i to jest wersja najbliższa intencjom autora. W tłumaczeniu zanikła jednak pewna  dwuznaczność tekstu Guirauta.

I tak właśnie wyglądają zabawy z muzyką, o której  bardzo mało wiemy.  To jest ten nurt, w którym wykonawcy starają się zachować jak  największą wierność wobec czasu minionego, jeśli to w ogóle  możliwe. Bo przecież ta muzyka nie jest jakimś preparatem, przeniesionym wprost z wieku XII albo XIII. Z każdym wykonaniem powstaje na nowo, dawna, ale równocześnie przefiltrowana przez wrażliwość współczesnych muzyków i śpiewaków.

Ech, jesień w pełni. Pora roku skłania właściwie do pisania o przetworach na zimę. Ale to może innym razem, a może ktoś inny podejmie ten wdzięczny temat…

Rubia

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: