estetycznie, indywidualnie…

Posts tagged ‘poradniki’

Z książką przed szafą

 Miałam na studiach kostiumologię i nawet zdawałam z niej egzamin. Od tej pory żyję z takim miłym przekonaniem, że moda to sprawa poważna, a zajmowanie się nią wcale nie świadczy, że mamy pstro w głowach. Skądże znowu, nawet doktorat można z tego zrobić. Nie mam, co prawda, takiego zamiaru i zdecydowanie bardziej wolę się w ciuchy ubierać, niż o nich pisać. Na półkach w księgarniach nie brakuje jednak, oprócz książek poświęconych historii ubiorów i stylów, również najrozmaitszych poradników typu Co na siebie włożyć, żeby wyglądać na kobietę sukcesu. Ich popularność wskazuje, że  kobiety potrzebują w sprawach mody nie tylko rady mamy, przyjaciółki, ekspedientki w sklepie, oraz reklam i migawek z wybiegów, lecz również odrobiny wiedzy bardziej usystematyzowanej, takiej, która nie przeminie wraz z  top ten szmatek ostatniego sezonu.

Tutaj właśnie przydają się książki, jeśli nie są wyłącznie broszurami reklamowymi jakichś mniej lub bardziej znanych marek.

Książki, owszem, pomogły mi opanować chaos w szafie. Dlatego przy porządkach bibliotecznych postanowiłam nie oddawać do antykwariatu wszystkiego, co z tej dziedziny zdążyłam zgromadzić, lecz zachowałam to i owo.

Akurat nie zajmują mnie zbytnio problemy mojej sylwetki. Szerokie ramiona, wąskie biodra, a zatem brak wcięcia w talii – cóż, taki typ raczej chłopięcy, do którego nie pasują fasony podkreślające talię właśnie. Trudno podkreślać coś, czego nie ma. Własną figurę dobrze jest znać, żeby wybierać odpowiednie fasony, lecz jest to taka wiedza, która, raz opanowana, starcza na długo. Najważniejsze cechy sylwetki, ujawniające się w proporcjach ciała, nie zmieniają się bowiem przez całe  dziesięciolecia, nawet przy wahaniach wagi: kilka kilogramów mniej czy więcej prowadzi do zmiany rozmiaru, lecz nie podstawowego typu.

Dlatego też w moim – zresztą prawdziwie minimalnym, po radykalnym odchudzeniu biblioteki – zbiorku poradników najważniejsze miejsce zajmuje książka poświęcona zasadniczo zupełnie innej kwestii. Jest to Carole Jackson Najładniej ci w kolorze…  Wydana przez Twój Styl w roku 1994, a zatem już nie najmłodsza, lecz ciągle aktualna.

Kolor to prawdziwy czarodziej. Ogrzeje, ochłodzi, wyszczupli, wtopi w tłum, wyrwie z tłumu, doda skórze blasku, a włosom wyrazistości. Ubrania źle dobrane kolorystycznie mogą jednak odebrać ich właścicielce sporą część urody. Umiejętność łączenia barw to niebagatelna wiedza, a właściwie nigdzie jej nie uczą.

Można, oczywiście, pozostać przy takiej prawdziwie minimalistycznej gamie: czerń – biel – szarość – beż. Ma to, owszem, swoje zalety, lecz szarość szarości nierówna, a czerń nie każdemu pasuje. Beż ma wiele odcieni, niektóre są miłe i delikatne, ale… Jak stwierdziła moja babcia, widząc pewną damę ubraną w cielisty beż: a w tym, to wygląda jak śmierć na chorągwi.

No właśnie. Nawet te pozornie niekłopotliwe kolory trzeba umieć dopasować do siebie.

Carole Jackson bazuje na bardzo popularnym podziale typów urody na cztery pory roku. Wiosna, Lato, Jesień, Zima  – podział może wydawać się zbyt prosty, jeśli pomyślimy, jak bardzo różnią się kobiety między sobą, lecz w odniesieniu do kolorów ma swój sens. Wyodrębnienie barw ciepłych i zimnych oraz intensywnych i delikatnych odpowiada temu, co wiedzą chociażby malarze, dla których badanie związków między kolorami stanowiło zawsze ważną część warsztatu zawodowego.

Rozpoznanie, a potem trzymanie się własnej gamy barwnej oszczędza stresu i minimalizuje ryzyko nieudanych zakupów – kolory pasują wówczas nie tylko do naszej karnacji, lecz również do siebie. Ja zresztą nie wykorzystuję pełnego zestawu kolorów mojego typu, czyli Lata, ograniczyłam je do kilku, właśnie po to, by nie zastanawiać się długo, co z czym połączyć. Ogólnie dobrze na tym wychodzę. Na zimę trochę czerni i ciemny, grafitowy szary, do tego biel, trochę jasnej szarości , a jako mocne akcenty – kobaltowy niebieski i ciemna, winna czerwień. Latem w ogóle mogłabym nie nosić czerwieni, ale zimą – po prostu muszę, gdyż inaczej bym zamarzła. Za to latem noszę przeważnie różne odcienie niebieskiego, także te intensywne, jak szafir, do tego biel, również kremową, trochę granatu, a ostatnio również turkusu – dużo go było w sklepach, a z innymi moimi kolorami dobrze się łączy.

Książka Carole Jackson mówi nie tylko o kolorach, lecz i o innych sprawach: typach sylwetek, stylach ubiorów, zasadach ubierania się do pracy, na weekend, o dobieraniu dodatków… Bardzo ciekawie opisuje też zestawy ubrań: zestaw podstawowy, zwany tu żelaznym, obejmuje jedynie 15 ciuchów, łącznie z wieczorową sukienką i płaszczem! (No, jednak bez bielizny). Minimalizm w pełni rozwinięty, a jakże.

Jedynym mankamentem tej książki są zdjęcia: wyszły w druku przyżółcone, tak, że chłodne i bladoróżowe Lata i Zimy szczycą się złocistą karnacją i trudno je odróżnić od ciepłych Wiosen i Jesieni. To jednak już nie wina autorki.

Drugą książką jest Moja czarodziejska szafa, dwojga autorów niemieckich: Claudii Piras i Bernharda Roetzela, wydana w roku 2004. Przyznam, że w tej dziedzinie, podobnie zresztą jak w innych, wolę poradniki pisane przez autorów pochodzących z Europy. Amerykanie mają inne podejście do stroju, znacznie bardziej swobodne i rada amerykańskiej stylistki, by pani po pięćdziesiątce zakładała do pracy kostium jasnoróżowy albo cytrynowożółty, niekoniecznie spotka się u nas ze zrozumieniem. Pomijam fakt, że w Polsce w ogóle mało jest pań, którym byłoby dobrze w cytrynowożółtym na jakimkolwiek etapie ich życia.

Moja czarodziejska szafa bardzo mi pomaga w doprowadzaniu zawartości tego mebla do stanu optymalnego. Sporo tam wskazówek praktycznych, niby prostych, ale często niedocenianych. Chociażby: zanim kupisz ciuch, sprawdź, jak jest uszyty. Obejrzyj podszewkę, szwy i wykończenia, to wszystko świadczy o jakości ubrania. Jeśli chcesz kupić torebkę skórzaną, to zastanów się, dlaczego ta, którą ci właśnie pokazują, nie pachnie skórą, lecz plastikiem. Jeśli jesteś niezdecydowana, to nie pytaj ekspedientek o zdanie, bo im zależy na tym, żeby ciuch sprzedać, a nie na tym, żebyś dobrze wyglądała.

Są tam również porady jak pakować walizkę, jak prasować, a nawet, jak czyścić i prać. No i znowu – osobne rozdziały dotyczące kompletowania zestawów, dobierania dodatków, a nawet biżuterii. Roetzel jest zawodowym projektantem ubrań, więc przemyca sporo informacji o stylach, trendach, o różnych ponadczasowych evergreenach, a przy omawianiu kolejnych części garderoby – spódnic, spodni, sukienek czy płaszczy – pisze o wadach i zaletach różnych modeli. Sporo uwagi poświęca butom. No i stawia na jakość, zwłaszcza w doborze dodatków.

Obie te książki podobają mi się przede wszystkim dlatego, że są takie… zdroworozsądkowe. Nie przekonują każdej czytelniczki, że jest piękna i wspaniała niezależnie od okoliczności. Biorą pod uwagę takie czynniki jak wzrost, wiek, waga i zasobność portfela. Do tego, tekstu jest w nich znacznie więcej, niż obrazków. Co dla mnie jest dodatkową zaletą. Bo miło jest obejrzeć ładne fotografie, lecz w praktyce wartość ma przede wszystkim treść zawarta w słowach.

Rubia

Reklamy

O Sztuce planowania Dominique Loreau

Sztuka prostoty oraz  Sztuka umiaru są książkami interesującymi. Sztuka planowania jest natomiast książką zaskakującą.

Przede wszystkim, mało w niej o planowaniu. Po drugie – i to jest znacznie ważniejsze – autorka przekonuje nas, że czynnością bardzo w życiu istotną, a przy tym mającą wielorakie, korzystne skutki, jest sporządzanie list. Tak, list, czyli po prostu spisów.

Każda z nas na pewno zna dwa podstawowe rodzaje list: spraw do załatwienia oraz zakupów. Spisujemy je w kalendarzu, notesie, na jakichś kartkach i karteluszkach, nosimy ze sobą, przeglądamy odhaczając kolejne pozycje, czasem wyciągamy w sklepie. Kiedy spełnią swoje zadanie, wędrują do kosza. Czy którakolwiek z autorek takich list poświęca im uwagę? Nie ich treści, lecz im samym, jako materialnemu przedmiotowi i dokumentacji własnego życia? Przypuszczam, że wątpię, jak mawia klasyk rozrywki.

I tutaj właśnie wkracza Dominique Loreau. Posługując się rozmaitymi przykładami, z których większość pochodzi oczywiście z jej ulubionej kultury japońskiej, proponuje, żebyśmy sporządzanie takich list rozszerzyły na wszystkie dziedziny egzystencji, łącznie z jej wymiarem psychicznym i duchowym. Możemy zatem układać nie tylko spisy rzeczy i zajęć, ale również listy  własnych problemów, wyborów, uczuć, sytuacji przyjemnych i przykrych, wrażeń zmysłowych czy nawet wspomnień. Ich sporządzanie miałoby przynosić – zdaniem autorki – dobroczynne efekty: pogłębioną umiejętność autoanalizy i wynikający z niej lepszy wgląd we własne potrzeby, zdolność dokonywania właściwych wyborów, odrzucenie obciążeń z przeszłości oraz, generalnie, rozwój osobowości, który przynosi również poprawę kontaktów z innymi ludźmi.

Bazą propozycji są poglądy, które można spotkać również w wielu innych poradnikach psychologii popularnej. Tytuły podrozdziałów: Nie bądź ofiarą własnych emocji; Zanotuj swoje lęki, aby je oddalić; Skup się na rozwiązaniach, a nie na problemach, mówią same za siebie. Nowością jest natomiast sposób radzenia sobie z kłopotami czy to w sferze materialnej, czy duchowej, poprzez tworzenie spisów. Loreau pisze zresztą wprost, że, jej zdaniem, słowo ma działanie i magiczne, i twórcze.

Nie jestem psychologiem, więc nie do mnie należy ocena skutków terapeutycznych takiego działania. Przyznam się, że koncepcja rozpisywania całego życia na serię takich list w pierwszej chwili wydała mi się trochę maniakalna. Ponieważ jednak czytanie książki trwa dłużej, niż chwilę, zdążyłam się z nią oswoić i znaleźć w sugestiach autorki rozmaite walory.

Moje doświadczenie z układaniem list niewiele wykracza poza sprawy podstawowe, czyli notowanie tego, co mam zrobić i kupić. Kiedy przez kilka lat krążyłam między Niemcami, Włochami i Polską, zrobiłam sobie również spis ciuchów, gdyż gubiły mi się w pamięci i potrafiłam kupić bluzkę niemal identyczną jak trzy inne, które już wisiały w szafie. No i spisywałam tę nieszczęsną porcelanę Indisch blau, żeby nie rozbudowywać nadmiernie zestawu. Miało to wszystko wymiar bardzo praktyczny, służyło ogarnięciu chaosu pośród przedmiotów. Zapisywanie własnych zalet i wad, emocji, pragnień, obaw? Gdybym akurat brała udział w jakichś warsztatach typu „trening interpersonalny” albo „rozwój ukrytych talentów”, wtedy tak. Potrafię wyobrazić sobie takie listy jako część pewnego zadania. Ale żeby tak wyłącznie dla siebie, spisywać i potem przechowywać? Nie jestem pewna, czy to opcja dla mnie.

Osoby piszące pamiętniki pewnie odrzuciłyby taki pomysł. Podobnie blogerki, które blog traktują jak pamiętnik. Jeśli ktoś potrzebuje narracji i swobodnej wypowiedzi, raczej nie będzie układał list według wskazówek autorki Sztuki planowania, która kładzie nacisk przede wszystkim na maksymalną zwięzłość.

Z drugiej strony: wypełniamy przecież różne ankiety, kwestionariusze osobowe, w CV porządkujemy wydarzenia z własnego życia, starając się w minimum słów zawrzeć maksimum faktów. W ten sposób uczymy się kondensować to, co dla nas naprawdę ważne. Jest to więc jakaś baza dla takich krótkich, zwięzłych notatek składających się z serii pojedynczych słów.

Sądzę, że sugestie zawarte w tej książce dadzą się zastosować na dwóch poziomach. Pierwszy, praktyczno-codzienny, jest dosyć oczywisty. Chociażby taka lista potraw najczęściej w domu przyrządzanych: dzięki niej będziemy wiedzieć, ile tak naprawdę wykorzystujemy z bogactwa przepisów zgromadzonych w książkach kucharskich i pracowicie ściąganych z netu. Tutaj akurat można działać swobodnie, układając przeróżne zestawienia, które pokażą, jak funkcjonuje nasz dom i najbliższe otoczenie.

Na poziomie drugim, czyli tam, gdzie mielibyśmy zajmować się własnym wnętrzem i stosunkiem do świata, nic nie jest oczywiste. Wiele zależy od indywidualnych skłonności do introspekcji oraz umiejętności autoanalizy. Jednakże listy celów mniej czy bardziej odległych albo wartości, jakie są dla nas ważne (byleby pisać szczerze) czy też pomysłów na przyszłość, niewątpliwie mają walor poznawczy, a może i przydadzą się jako wskazówki przy wprowadzaniu zmian w życiu. Zwłaszcza, jeśli tych kartek nie odłożymy gdzieś do szuflady, lecz będziemy często po nie sięgać, zastanawiając się nad ich treścią.

A poza tym – jest w tych propozycjach Dominique Loreau sporo wdzięku. Zwłaszcza w części ostatniej, zawierającej porady, na czym i w jaki sposób spisywać owe listy: na pięknym papierze, kaligraficznie, ozdabiać rysunkami, potem przechowywać je troskliwie, posegregowane według sobie tylko wiadomego klucza… Takie na przykład wynotowanie przyjemności dnia codziennego – ile tu możliwości! Ponieważ mam w domu trochę ozdobnego papieru formatu A4, złapałam wiatr w żagle i zaczęłam pomysł twórczo rozwijać. Przyjemności ograniczę do dwunastu, ale są przecież te dla ciała i te dla ducha. A na przykład taki spacer po lesie w słoneczny letni dzień można zaliczyć do obu kategorii, potwierdzając, że człowiek jest jednością tych elementów, które  nie zawsze harmonijnie ze sobą współpracują. Las, lato… Na pewno da się ułożyć osobną listę przyjemności wakacyjnych. Skoro lato, to i zima. Dwanaście przyjemności zimowych? Brr… Nie znoszę zimy. Więc myślę. Wypisałam trzy. W tym dwie związane z jedzeniem. Po kilku dniach jeszcze dwie, też kulinarne. Trzeba czymś tę monotonię urozmaicić, gdyż objadanie się nie jest zdrowe. Myślę, myślę… Jak wymyślę, to zapiszę. Kaligraficznie, na marmurkowym papierze.

Rubia

Dla porządku: Dominique Loreau, Sztuka planowania, tłum. Angelina Waśko-Bongiraud, wyd. Czarna Owca, Warszawa 2012