estetycznie, indywidualnie…

Posts tagged ‘podróże’

Turystyka kwalifikowana, czyli o podróżach w głąb średniowiecza

Festival Mediaval w Selb we Frankonii – kram z sukniami

Sezon niedługo się kończy, ale jeszcze kilka imprez przed nimi. Jeszcze można ich spotkać: barwnych, dziwnie ubranych i trochę egzotycznych. Najczęściej tam, gdzie na jakimś malowniczym ryneczku albo pod murami solidnego zamczyska słychać dźwięki lutni, cytry  czy też innej fidel, kramarze zaś proponują kupno łuku, skórzanego kubraka, a nawet zbroi płytowej. Nie trzeba od razu kupować całej, na początek wystarczy sam hełm.

Miłośnicy średniowiecza.

Zawsze mnie zastanawiało, czego ludzie szukają w odległej przeszłości. Do tego aktywnie, nie poprzez lektury. Wiadomo, że czytanie książek jest najprostszym sposobem podróżowania i w czasie, i w przestrzeni. Można wówczas doświadczyć czegoś, czego nigdy nie dałoby się przeżyć osobiście. A im czytanie jednak nie wystarcza i próbują wejść w ten czas dawno miniony. Ubierają się we własnoręcznie szytą odzież z materiałów, jakie noszono 800-500 lat temu. Bawełna wykluczona, a w każdym razie niestylowa, powodzeniem cieszą się len i wełna, czasem jedwab. Pożądane są skóry, a w wersji zimowej i uroczystej nawet futra.

Zrzeszeni są w bractwach, kompaniach, drużynach i  konfraterniach; czasem mają stałe siedziby. Czasem, żeby je mieć, potrafią zaangażować się w renowację średniowiecznego zamku.

Nie gardzą całkowicie nowoczesnością. Mają swoje portale – w Polsce największym jest FREHA, czyli Forum Rekreacji Historycznych, nie ograniczające się zresztą do średniowiecza. Wątków i tematów – zatrzęsienie. Od własnoręcznego wędzenia kiełbasy po naukę XV-wiecznych tańców dworskich. I pytania: jak stroić cytrę? Jakie barwniki naturalne są najlepsze do farbowania wełny? Gdzie się nauczyć kowalstwa? I dyskusje nad bigosem: czy może go jeść rycerz po bitwie pod Grunwaldem? Czy aby na pewno hodowano wówczas kapustę?

Jest to oczywiście hobby – nie sposób żyć na co dzień w warunkach przypominających średniowiecze (chyba żeby latem, gdzieś w chacie za wsią, ze studnią i sławojką. Mimo wszystko, zimę przy świeczkach trudno jednak sobie wyobrazić) – ale hobby bardzo angażujące. Do tego zgodne z coraz śmielej formułowanym postulatem życia powolnego. Bo rzeczywiście: nie wspomnę już o własnoręcznym splataniu kolczugi, lecz uszycie choćby prostej sukienki – w ręku! – jest niebagatelnym ćwiczeniem i precyzji, i skupienia, i cierpliwości. Ci, którzy nie mają dość czasu albo odpowiednich warunków, mogą zaopatrywać się w sklepach. Przydatnych zwłaszcza dla męskiej połowy fanów średniowiecza, gdyż nie każdy jest w stanie wykuć własny miecz. Ale, jak to zwykle bywa, już i tutaj wkraczają zastępniki: a to wyroby maszynowe, a to ciuchy z wiskozy i poliestru, dla rasowego średniowiecznika nie do przyjęcia. Pozostaje więc albo uważna selekcja, albo – jednak własne ręce.

Kryje się w tym dużo autentycznej pasji i chęci nie tylko poznania, ale wręcz ożywienia przeszłości. Czasem prowadzi to do efektów zaskakujących, jak choćby w przypadku Galindii – osady w Puszczy Piskiej, na terenach zamieszkiwanych niegdyś przez pruskie plemię Galindów. Wybudowana rękami zapaleńców, jako pomysł rodzinny, przyciąga teraz turystów, którym oferuje, poza zwyczajowymi atrakcjami agroturystyki, także udział w obrzędach praktykowanych niegdyś przez Prusów. Ponieważ o historycznych Galindach wiadomo niewiele, jest w tym niemała dawka fantazji, zaś samo przedsięwzięcie wyraźnie się skomercjalizowało, lecz odwiedzającym, nastawionym na rozrywkę, bynajmniej to nie przeszkadza.

Zdecydowanie bardziej rekonstrukcyjny charakter ma średniowieczna osada na wyspie Wolin, wzniesiona i zarządzana przez Stowarzyszenie Centrum Słowian i Wikingów. Znacznie więcej tu wierności wobec historycznych realiów, a imprezy organizowane przez cały rok – święto powitania wiosny, noc świętojańska, miodobranie, dożynki, warsztaty garncarskie – dostosowane są do rytmu pracy i świąt przed tysiącem lat.

Najczęściej jednak miłośnicy średniowiecza spotykają się na festiwalach. Jest ich wiele w całej Europie, od krótkich, weekendowych imprez, jak trwający właśnie IV Festiwal Średniowieczny w Raciborzu, aż po czterotygodniowy, lipcowo-sierpniowy festiwal w Obidos w Portugalii, gdzie wybija się nawet specjalne monety, którymi można płacić w festiwalowych kramach i karczmach. Są na takich spotkaniach występy zespołów grających muzykę z epoki, są zawody łucznicze, turnieje szermierki, pokazy i warsztaty rzemieślnicze. Czasem się tam średniowiecze miesza z folkiem, zwłaszcza w muzyce i strojach, albo z  tendencjami eko i natural, zwłaszcza w kulinariach. Niemcy chętnie sobie z tego żartują – z tej średniowiecznej kiełbasy i takiegoż piwa, oferowanych na niezliczonych średniowiecznych jarmarkach, jakie co roku się odbywają w niemieckich miastach. W sumie jest to jednak bodziec do przypomnienia rozmaitych dawnych technik rękodzielniczych i tradycyjnych sposobów wytwarzania żywności, czyli, przy całym ukierunkowaniu na przeszłość, postawa bardzo trendy.

Festival Mediaval w Selb we Frankonii – obozowisko

Ciekawe, że idea festiwali średniowiecznych przekroczyła granice Europy i dotarła na tereny, gdzie średniowiecza – w naszym rozumieniu tego słowa – nigdy nie było.  Można je spotkać  na przykład w Kanadzie i w Meksyku (w USA wolą raczej festiwale renesansowe). Najbardziej odległym festiwalowym miastem, jakie mi się udało zlokalizować, jest Brisbane w Australii, chociaż żaden średniowieczny żeglarz nie miał szansy, żeby tam dotrzeć…

Najbardziej widowiskową formą średniowiecznych spektakli są turnieje rycerskie. Dla uczestników – hobby bardzo kosztowne i czasem niebezpieczne, dla obserwatorów – sama przyjemność oglądania. W Polsce chyba największy, a na pewno najstarszy, jest turniej na zamku w Golubiu-Dobrzyniu.  W tym roku odbył się już po raz 36. W Europie największą imprezą jest turniej w Kaltenbergu w Bawarii, pod patronatem księcia Luitpolda Wittelsbacha, odbywający się co roku, przez trzy kolejne weekendy lipca. Pokazy i parady, walki rycerzy pieszych i konnych, odbieranie nagród z rąk pięknych dam. Dworsko, efektownie i z szumem proporców. Podrzucam filmik z oficjalnym hymnem tego turnieju, z tekstem zaczerpniętym zresztą ze słynnego rękopisu Carmina burana.

Na pewno jest w tym chęć wejścia w świat baśniowy, świat rycerskich przygód, szlachetnego współzawodnictwa, dworskich obyczajów. Taka podróż w czasie, kiedy to średniowiecze prezentuje się od swojej najbardziej atrakcyjnej strony, bez tych wszystkich okropieństw, jakie zwyczajowo, choć niesłusznie, przypisuje się tej epoce. I czy można dziwić się ludziom, którym doskwiera pośpiech i gorączka dnia dzisiejszego, że szukają dla siebie takiej enklawy?

Rubia

Reklamy

Wakacyjne wyjazdy, czyli syndrom florencki

Wakacje pomału się kończą, ale jeśli ktoś nie musi przygotowywać  dzieci do rozpoczęcia nowego roku szkolnego, ten ma jeszcze przed sobą sporo możliwości. Ja też wyjadę dopiero we wrześniu. Od paru lat tak planujemy urlopy, żeby przedłużyć sobie lato. Szczyt sezonu przeczekujemy, robiąc tylko krótkie wypady, na dłuższy wyjazd przychodzi pora, kiedy ustaje wakacyjna gorączka turystyczna.

Ostatnio jeździmy po Europie, gdzie ta zmiana jest bardzo widoczna. Turystów znacznie mniej, do tego głównie studenci i emeryci, raczej niespieszni i mało nerwowi. Miejsca warte zwiedzania ciągle jeszcze otwarte długo, jak w urlopowym szczycie. Przy muzealnych kasach prawie nie ma kolejek, w knajpach łatwo znaleźć wolny stolik, obsługa też  sprawniejsza. Same zalety.

Termin wyjazdu, to jedna sprawa. A druga wiąże się z pytaniem, co tak naprawdę chcemy wówczas zyskać.

Odpoczynek od codzienności, odprężenie, relaks – to odpowiedzi najczęstsze. Równocześnie łatwo zauważyć, i to u ludzi skądinąd całkiem rozsądnych, skłonność do przeładowywania takiego wyjazdu najrozmaitszymi atrakcjami; do rozpychania go tak, aby żadna chwila nie pozostała nie zagospodarowana.

Wydaje się to całkowicie zrozumiałe: urlop, nawet wykorzystywany w całości, wcale nie trwa długo, wyjazdy sporo kosztują; do niektórych miejsc wrócimy nieprędko, a może już nigdy. Nic więc dziwnego, że chcielibyśmy zobaczyć i przeżyć możliwie najwięcej, nasycić się tą urlopową rzeczywistością aż  po same uszy.

Tyle, że to się nie bardzo udaje.

Czytałam kiedyś we Włoszech o syndromie florenckim, czyli o załamaniu nerwowym, które amerykańscy turyści przeżywają właśnie we Florencji. Nie, wcale nie dlatego, że miasto jest tak wstrząsająco urodziwe, chociaż urody rzeczywiście nie sposób mu odmówić.  Po prostu, Włochy są końcowym etapem na trasie wojaży dookoła świata, jakie mają w swej ofercie amerykańskie biura podróży.  A wtedy, jak to zwykle bywa pod koniec długiej imprezy, przychodzi kulminacja stresu gromadzonego w ciągu kilku tygodni. Świat w pigułce okazuje się za trudny do przełknięcia. Ciągłe zmiany miejsca pobytu i przymus zwiedzania, oglądania, podziwiania (przecież to może jedyna taka wyprawa w życiu i jak tu nie zobaczyć Michała Anioła, nawet jeśli trzeba się nosem podpierać!) kończą się nawet w szpitalu. Nie pomaga zakwaterowanie w wysokiej klasy hotelach ani luksusowe autokary do przejazdów po mieście.

Taki syndrom łatwo sobie samemu zafundować, niekoniecznie we Florencji i nawet bez podróży dookoła świata. Wystarczy program nadmiernie ambitny – zbyt długie trasy, za wiele miejsc do obejrzenia, za mało czasu przeznaczonego na spokojne nicnierobienie. Na to, żeby posiedzieć gdzieś, połazić, poprzyglądać się ludziom i życiu na ulicy, nie myśląc o tym, że za chwilę trzeba wstać i iść albo jechać, bo następne cele czekają. Bo później skutek jest taki, że we wspomnieniach najczęściej powracają jakieś momenty najbardziej nerwowe, a na zdjęciach z trudem rozpoznajemy miejsca, gdzie byliśmy.

Podróże też wymagają pewnego rodzaju skupienia.

Kiedy nasz syn, stojąc na rynku w Gandawie, zapytał: – i po co tu właściwie przyjechaliśmy? –  nie przekonywałam go, że Gandawa jest perłą architektury, a w ogóle, to powinien się cieszyć, że ma możliwość poznawania świata. Zostawiliśmy dzieciaki w hotelu i sami poszliśmy w miasto (synowie mieli wtedy 10 i 12 lat oraz spore już doświadczenie w wyjazdach, więc nie obawialiśmy się, że zrobią sobie krzywdę, a przy okazji podpalą hotel). Następnego dnia obejrzeli z nami Ołtarz Gandawski i było dobrze.

Wyjazdy z dziećmi wymuszają zwolnienie tempa. Można to jednak osiągnąć i w inny sposób, choćby poprzez osobne spędzenie części dnia. Nie wszędzie przecież musimy chodzić razem. Ja mogę relaksować się w pociągu, w przeciągu, na drągu, ale najlepiej jednak odpoczywam w samotności i bezustanna obecność nawet bliskich osób zaczyna w pewnym momencie dawać mi się we znaki. Wtedy się rozdzielamy.

Kiedyś mąż z chłopakami pojechał kolejką linową na sam szczyt Etny, a ja zostałam u podnóża, w maleńkiej miejscowości składającej się z wielu kramów i kilku restauracji. Spędziłam tam parę godzin, pokręciłam się pośród tych kramów, nabyłam drogą kupna korale z lawy (ładne są, noszę je do dzisiaj) coś zjadłam, przeszłam się, zrobiłam trochę zdjęć i bardzo byłam zadowolona. Oni też, bo nałazili się do upadłego, zaglądając do szczelin, w których coś bulgotało. Podobno lawa. Ominął mnie widok bulgoczącej lawy, no cóż, trudno. Mimo wszystko, czuję się prawie tak, jakbym ją widziała. 🙂

Innym razem zostawiłam męża przy stoliku na deptaku w Burgos, a sama wybrałam się obejrzeć cysterskie opactwo Las Huelgas. Widział już w życiu parę opactw cysterskich, kolejne mógł sobie odpuścić. Siedział, czytał prasę, w międzyczasie deptakiem przedefilowała demonstracja związków zawodowych, więc obejrzał sobie miejscowy folklor polityczny (podobno ani się umywa do naszego) – i też było dobrze.

Kiedyś każdy powrót z zagranicy był jak zatrzaśnięcie drzwi, które ponownie otworzą się nie wiadomo kiedy. Teraz, gdy paszport mamy w szufladzie albo w ogóle z niego nie korzystamy, łatwiej pogodzić się z tym, że czas też nie jest z gumy i w ciągu dwóch albo trzech tygodni wszystkiego upchnąć się nie da. Trudno, może innym razem. A jeśli nie tu, to w innym miejscu, przy innej okazji. Świat jest różnorodny i mnóstwo na nim miejsc i zjawisk atrakcyjnych, starczy ich dla nas nawet przy najdłuższym życiu.

A w prasie już zaczynają się pojawiać artykuły, jak odpocząć i doprowadzić się do ładu po urlopie.

Rubia