estetycznie, indywidualnie…

Posts tagged ‘styl życia’

Długie życie rzeczy II, czyli co nam zostało z tych lat?

 Niedawno w prasie pojawiły się artykuły związane z wydaną właśnie książką dwojga autorów, którzy postanowili pół roku przeżyć w PRL-u. Wybrali się w taką częściową podróż w czasie, możliwą głównie dzięki przedmiotom, które przetrwały z tamtego okresu, gdyż sytuacji społecznej przecież odtworzyć się nie da.

Ja akurat pamiętam PRL całkiem nieźle, więc moje wspomnienia dosyć różnią się, i to nie tylko w szczegółach, od tej próby rekonstrukcji ówczesnego życia, ale nie w tym rzecz.

 W Anglii są miłośnicy przeszłości, którzy swoje domy albo i rezydencje urządzają tak, jakby żyli w czasach panowania królowej Wiktorii (zmarłej w roku 1901), czy też jej następcy, Edwarda VII. To jeszcze jedna forma rekonstrukcji historycznych; prywatna, bardzo indywidualna, a przy tym długotrwała. Takie stylizacje, które obejmują nie tylko wyposażenie i wystrój wnętrz, lecz nawet stroje, możliwe są przede wszystkim w krajach, gdzie zachowało się wiele materialnych pozostałości dawnych epok. Wszystkie bowiem przedmioty powinny być autentyczne, może poza ubraniami. Nie tylko dlatego, że tkaniny są nietrwałe, lecz przede wszystkim ze względu na rozmiary. Przerośliśmy naszych przodków, przynajmniej jeśli chodzi o wzrost i obwód bioder.

Generalnie, jest to hobby kosztowne, w którym zamiłowania kolekcjonerskie łączą się ze swoistą chęcią tworzenia sobie azylu jak najbardziej odmiennego i odległego od współczesności. (więcej…)

Reklamy

Z książką w kuchni

Lubię jeść. I lubię też, żeby przy garnkach stał kto inny. W moim otoczeniu brak jednak chętnych, żeby na co dzień mnie w tym zastępować. Gotuję zatem sama, a ponieważ nie chcę, żeby domownicy kręcili nosem nad talerzami, więc się staram. Pomagając sobie przy tym wiedzą wyniesioną z domu (moi rodzice oboje bardzo dobrze gotowali; szkoda, że takich umiejętności nie można odziedziczyć wprost, bez żadnego wysiłku, jak koloru oczu albo włosów), no i oczywiście książkami kucharskimi.

Otóż to. Książki kucharskie.

Dominique Loreau, która pewnie stała się już guru polskich minimalistek, zalecając radykalne ograniczenie księgozbioru nie robi wyjątku dla książek kucharskich. Pisze, skądinąd słusznie, że kupowanie ich nie zastąpi umiejętności gotowania, stwarza natomiast złudne wrażenie, że w sprawach kulinarnych jesteśmy ekspertami.

Przejrzałam pod tym kątem wszystko, co stało u mnie na półkach. Pani Loreau jest niezłym psychologiem!

Zdaje się, że często kupowałam książki na zasadzie: a tego to jeszcze nie mam. W ten sposób przybywało mi tomików z różnych serii wydawniczych. Bo skoro kupiłam kuchnię włoską i hiszpańską, to czemu nie dokupić jeszcze chińskiej, meksykańskiej, japońskiej i brazylijskiej? Ładnie razem się prezentują, a przecież zawsze jest szansa, że kiedyś z nich skorzystam.

Po drugie, kupowałam książki dobrze wydane. Takie, które cieszyły raczej oko, niż podniebienie.

Po trzecie – książki specjalistyczne. Przepisy wegetariańskie, wegańskie, kuchnia pięciu przemian, kuchnia makrobiotyczna. Warzywa egzotyczne w naszej kuchni, ciasta z mąki pełnoziarnistej, czekolada na ileś tam sposobów, owoce na słodko i pikantnie… Do tego książki o domowych przetworach. Jak być ekspertem, to we wszystkim, a co!

Po czwarte –  rozmaite książki, które się wzięły nie wiem skąd. Jak na przykład Książka kucharska dla samotnych i zakochanych. Solidna, nie powiem, ale jakoś dziwnie mało zmysłowa.

Oczywiście,  z większości tego księgozbioru nie korzystałam NIGDY.

Po radykalnym odchudzeniu moja podręczna biblioteczka kuchenna została sprowadzona do kilkunastu książek. Mają one wartość różną i nie zawsze użytkową. Takim dziełem, z którego raczej nie korzystam i korzystać nie będę, jest 365 obiadów Lucyny Ćwierczakiewiczowej. No cóż, to właściwie klasyka literatury polskiej, może stanąć w biblioteczce gdzieś pomiędzy Prusem i Reymontem, tym bardziej, że mam reprint ładnie wydany, w twardej oprawie ze złoceniami.

Do użytku przeznaczona jest natomiast W staropolskiej kuchni i przy polskim stole Marty Lemnis i Henryka Vitry, książka zasadniczo historyczna, lecz z przepisami, które bez problemu dadzą się wykorzystać i na co dzień, i od święta. Wszystkie podawane miary są współczesne i niczego nie trzeba przeliczać. Co prawda, już od lat obiecuję sobie, że na Wielkanoc zrobię babę muślinową, lecz jest to przepis z rodzaju: weź sześć hożych dziewek i pachołka do palenia w piecu… Nie wyobrażam sobie, żebym cierpliwie ucierała 24 żółtka z cukrem przez 30 minut i nie wiem, kto by to za mnie zrobił. Są tam jednak i przepisy bardziej odpowiadające moim możliwościom. Podobny charakter mają Polskie posty Barbary Adamczewskiej, poświęcone tradycyjnej, rodzimej kuchni bezmięsnej, gdyż, jak wiadomo, ludzie kiedyś postów przestrzegali, a te trwały długo. Nie sądzę wprawdzie, żebym kiedykolwiek robiła lina z kapustą (skąd wziąć lina?), lecz sięganie do tych przepisów daje jakieś miłe poczucie zadomowienia, gdyż jest to kuchnia znana mi właściwie od dzieciństwa.

Ślady częstego używania noszą dwie książki Małgorzaty Musierowicz: Łasuch literacki oraz Całuski pani Darling. Pierwsza jest o potrawach, które jadali bohaterowie jej własnych książek, druga o tych, które pasują do rozmaitych innych postaci literackich. Ponieważ książki zasadniczo przeznaczone są dla dzieci czy nastolatków, pani Musierowicz dostosowała przepisy do możliwości czytelników. Co nie zmienia faktu, że wiele z nich jest świetnych, zwłaszcza tych na ciasta. Mazurek orzechowy, nazwany przez autorkę mazurkiem pani Twardowskiej, jest u nas nieodmiennie hitem Wielkanocy, zaś związana z nim interpretacja ballady Pani Twardowska pióra naszego narodowego wieszcza, to majstersztyk sam w sobie.

Zostawiłam również dwie książki włoskie – jedna jest przeglądem potraw typowych dla każdego regionu Włoch, druga prezentuje tylko kuchnię Sycylii. Nie lubię owoców morza, a o świeże ryby morskie u nas niełatwo, więc przydatność wielu przepisów w naszych warunkach jest taka sobie, lecz same książki są również pamiątką trzech lat, jakie tam spędziliśmy. Po powrocie do Polski natrafiłam na serię książeczek, właściwie broszur, ale ładnie wydanych, tłumaczonych z włoskiego – a to pizze, a to makarony, a to potrawy jednogarnkowe – i kupiłam je głównie dla młodszego  syna. Zapraszany przez kolegów, poznał tamtejszą kuchnię domową i został zwolennikiem jedzenia „po włosku”. Do tego dobrze mu wychodzi mieszanie w garnkach, niech się więc dokształca. Kuchnia włoska ma zresztą tę zaletę, że jest prosta. Potrawy przyrządza się z niewielu składników, opis wykonania najczęściej nie przekracza kilku zdań. Akurat coś dla mnie.

Przez gęste sito selekcji przeszła też książeczka o wypiekach z mąki pełnoziarnistej, ze względu na proporcje składników, trochę inne, niż w ciastach ze zwykłej mąki. Oraz niemiecka książeczka z przepisami na gofry, w wersji słodkiej i pikantnej. Niemiecką kuchnię trudno komukolwiek polecać, ale ponieważ tam właśnie kupiłam sobie gofrownicę i często piekłam dzieciakom gofry, to i przepisy bardzo się przydały.

Została jeszcze Kulinarna podróż dookoła świata, z której często korzystały moje dzieciaki, pochłonięte wizją dań egzotycznych (to też pozycja dla młodocianych), oraz trzy książeczki: o kawie, herbacie i czekoladzie w różnych wariantach i z rozmaitymi dodatkami.

I teraz pytanie: czy w ogóle warto trzymać jeszcze w domu książki kucharskie, skoro i tak największym źródłem wiedzy kulinarnej jest w tej chwili Internet? Przecież bez trudu można w nim znaleźć przepisy na najbardziej wyszukane czy też egzotyczne potrawy, czasem również ze wskazówkami, gdzie kupić składniki, których nie dostaniemy w przeciętnym sklepie spożywczym.

Z tego punktu widzenia – zapewne nie warto. Kiedy jednak patrzę na to, co zostawiłam, dochodzę do wniosku, że podobają mi się takie książki, które mówią o czymś więcej, niż tylko samo gotowanie. O ludziach, o innych książkach, o obyczajach, o historii. O gatunkach, uprawach i przyprawach. Albo, po prostu, związane są z jakimś ważnym okresem mojego życia. I właśnie dzięki tej „wartości dodatkowej” nie zamierzam ich oddać ani sprzedać.

Bo tak na co dzień, w gruncie rzeczy, korzystam albo z przepisów rodzinnych (niewiele zresztą ich mam; rodzice gotowali raczej intuicyjnie, a mama miała w pamięci nawet całe przepisy na ciasta, niczego nie musiała sprawdzać), albo wyciągam rozmaite karteluszki, pojedyncze przepisy skądś wycięte, a nawet wyrwane, teraz przechowywane w specjalnej teczce. Zadziwiająca skarbnica.

A dla urozmaicenia zaglądam czasem na blogi kulinarne. Bo to też świetna lektura. No i kształcąca.

 Rubia

Ile kosztuje kultura?

Zainteresowały mnie wyliczenia autora pewnego artykułu  na blogu: tutaj. W komentarzach znalazło się – poza dość jadowitymi opiniami, że post dotyczy bynajmniej nie kultury, lecz rozrywki i to całkiem niewysokich lotów – także trochę ciekawych informacji i  uwag, jak zmniejszyć udział  wydatków na tę sferę życia we własnym budżecie. Bo nie da się ukryć, że książki, płyty i bilety kosztują, i to coraz więcej.

Zaczęłam się zastanawiać, jak to wygląda u mnie. Nie będę robiła tu dokładnych wyliczeń, gdyż jedne wydatki zdarzają się dwa-trzy razy w roku, inne – co tydzień. Właściwie dopiero roczne zestawienie kosztów miałoby większy sens, ale aż taka skrupulatna nie jestem. Wypisuję więc tylko pewne grupy, bez podawania konkretnych  sum.

Telewizji nie oglądam od lat, a mój mąż – dość rzadko . Telewizor jednak mamy, płacimy abonament za odbiornik i  abonament w Netii. Mamy również radio, ja słucham dwójki.

Prasa codzienna. Gazety kupujemy coraz rzadziej. Wiadomości dostarcza nam net, ciekawsze artykuły, analizy, komentarze w wydaniach papierowych trafiają się najczęściej w magazynach weekendowych. Wtedy, owszem, kupujemy. Dwie gazety, wydatek niewielki, wszystko razem około 10 zł tygodniowo.

Tygodniki. Tych byłoby sporo. Polityka i Forum, Newsweek, Wprost, Tygodnik Powszechny, czasem Przekrój, czasem Przegląd – zasadniczo jednak dwa pierwsze.  Kiedyś kupowałam nawet dla jednego ciekawego artykułu, teraz nie, gdyż potem w domu rosły sterty makulatury. Ale jednak kupujemy stale, przynajmniej dwa tytuły tygodniowo. Każdy tytuł to około 5  zł.

Miesięczniki/dwumiesięczniki/periodyki wychodzące nieregularnie.

Z kobiecych dość regularnie kupuję Zwierciadło. Kupowałam również Bluszcz, ale właśnie przestał wychodzić. Skończył się dla mnie etap Czterech kątów i Mojego pięknego ogrodu albo innych czasopism o urządzaniu domu i ogródka. Na to miejsce weszły Charaktery i Twoja muza. Czasem pojawiają się numery specjalne różnych czasopism, np. Niezbędnik inteligenta wydawany przez Politykę. Ceny? 10-18 zł.

Piekielnie droga jest prasa zagraniczna, kompletnie nie wiem, czemu. Tygodniki, które we Włoszech kupowałam po 1,50 euro, w Empiku kosztują kilkanaście złotych,  miesięczniki – tyle, co książka. Prasę niemiecką przywozi mi mąż ze swoich podróży służbowych; do Włoch, niestety, ostatnio rzadko jeździ.

Książki. Nie uwzględniam tu książek  (ani poprzednio – czasopism) potrzebnych mi do pracy, chociaż te są akurat drogie. Trudno, takie są koszty zawodu. Literatury pięknej kupuję raczej niewiele, więcej eseistyki, literatury faktu, czasem jakiś poradnik. Tak, wiem, są biblioteki, ale pewne ksiązki czytam fragmentami, wracam do nich po jakimś czasie, więc chcę mieć je w domu. Przeciętnie – 3-4 w miesiącu. Książka to na ogół 35-45 zł, ale np. wywiad-biografia Tomasza Stańki – już 56.

Płyty muzyczne i filmowe. Z tymi bywa różnie. Słucham muzyki raczej niszowej, w ciągu całego roku mogę trafić na góra kilkanaście płyt, które chciałabym mieć. Kupuję głównie przez Amazon.de, zamawiam razem z książkami. Ceny  zaczynają się około 11 euro, do 30 za trzypłytowy album z DVD. Nie mogę kupować w Amazonie pojedynczych utworów w formacie mp3, do ściągnięcia na komputer. Kupuję nie marudząc, niech moi faworyci sobie na mnie zarobią. Ale czasem z jakiejś płyty interesuje mnie jeden utwór i wtedy złości mnie ta opcja: albo cała płyta, albo nic.

Filmy raczej kupuję w Polsce. Również w zestawach, np. bardzo ciekawą serię o archeologii biblijnej albo cykl biografii wielkich wodzów (to dla męża). Zestaw zaczyna się od 100 zł. Przez Amazon zamawiam czasem seriale – w tym roku trzy, dwa włoskie i jeden austriacki. To nie są niekończące się tasiemce z tysiącami odcinków, do tego zwykle nie kupuję całości – kolejne serie stają się coraz słabsze, a ja nie jestem aż tak zażartą miłośniczką Don Matteo czy Commisario Montalbano, żeby gromadzić komplety. Więc znowu: od 14 euro (1 płyta, 14 odcinków) do 30 (zestaw trzech płyt).

Kino – prawie nie chodzę. Wolę obejrzeć w domu. Mąż – kinoman też ostatnio marudzi, że w bieżącym repertuarze nie ma nic ciekawego i bywa przeciętnie raz w miesiącu. Noc kin natomiast to stały punkt w życiu naszych synów, impreza towarzyska właściwie obowiązkowa. Ale od niedawna zaczęli organizować takie noce we własnym gronie: wypożyczają parę krążków i w piątek albo sobotę wieczorem spotykają się u kogoś, kto ma warunki, żeby pomieścić kilkuosobową grupę. Na nas też już parę razy padło. Nie wiem, czy to taka odpowiedź na kryzys, czy najprostszy sposób, żeby czas spędzać wspólnie, wygodnie i niedrogo.

Teatr – rzadko bywamy, więc nie jest to wydatek znaczący.

Koncerty. Podobnie jak z płytami: gdzie ich szukać, ach, gdzie? Może na festiwalu Skrzyżowanie Kultur? Może, jak przyjedzie Vollenweider? Bilety tanie nie są, lecz imprez niewiele. We wrześniu zapowiada się w Warszawie Lacrimosa. Sigur Ros też będzie, ale w Krakowie. To byłby wyjazd z noclegiem, ogólne koszty o wiele wyższe, niż sama cena biletów.

Czasem jednak na koncert wyjeżdżamy dość daleko. Jak w ubiegłym roku na Castlefest w Holandii, żeby obejrzeć Cantus buranus. No, takie wydatki zaliczyłabym jednak do turystyki. Kwalifikowanej.

Wystawy i inne imprezy. Ze względów zawodowych, zaproszenia na wernisaże, otwarcia itp. dostaję za darmo. Jeżeli gdzieś wyjeżdżamy, to oczywiście dochodzą koszty biletów.

Aha, dorzucę jeszcze Noc muzeów. To raczej okazja, żeby się wybrać w jakieś miejsce, które normalnie nie przyszłoby do głowy, albo nie jest dostępne na co dzień. Na przykład Filtry warszawskie czy też coś równie atrakcyjnego.  Udział w darmowej imprezie, lecz  raczej nie ze względów oszczędnościowych.

Tak to z grubsza wygląda. Trochę inaczej, niż u autora tego bloga, od którego zaczęłam. Na pewno mniej płyt, więcej książek i czasopism. Dlatego też u mnie nie pojawia się tak wyraźnie problem, który jego zajmuje: ściągać z sieci, narażając się na zarzut piractwa, czy korzystać z legalnych (czytaj: zatwierdzonych przez dystrybutorów) zasobów muzyki i filmów?  To jest zresztą odrębna, bardzo poważna kwestia do przedyskutowania; pewnie będzie zajmować opinię publiczną przez następnych kilka lat.

Czy koszty  udziału w kulturze dają się zmniejszyć w inny sposób, niż przez szukanie ofert w sieci, również na portalach oskarżanych o łamanie praw autorskich? Do pewnego stopnia tak, zwłaszcza jeśli chodzi o książki, gdyż istnieją tanie księgarnie, do których, przy naszym systemie dystrybucji, trafiają nawet stosunkowo nowe publikacje. Przy korzystaniu z bibliotek i wypożyczalni sprawa jest jeszcze prostsza, bowiem  można najpierw coś przeczytać albo obejrzeć, a dopiero potem zadecydować, czy warto powiększać domowy zbiór, czy  można sobie odpuścić. Najtrudniej jest jednak zminimalizować wydatki w sferze kultury żywej. Bilety wstępu na koncerty i spektakle mają ceny sztywne i dość wysokie (chyba, że ktoś kupuje cały karnet festiwalowy, lecz nie dotyczy to pojedynczych imprez). I w ten sposób dokonuje się odwrócenie postawy, która stanowi przecież jeden z filarów kultury: wspólne uczestniczenie w jakimś wydarzeniu, wyjście pomiędzy ludzi Teraz opłaca się (dosłownie!) kupić albo wypożyczyć płytę i  zamknąć z nią we własnych czterech ścianach, bez bezpośredniego kontaktu z artystami  i innymi uczestnikami spektaklu.

Chyba, że namiastką takiej wspólnoty są te weekendowe noce filmowe w prywatnych mieszkaniach.

Wydawanie na kulturę w kontekście minimalizmu może wydawać się całkowicie nieminimalistyczne, gdyż, po pierwsze, przybywa od tego rzeczy (książek, płyt), a po drugie – po co kupować, jeśli można coś znaleźć w sieci? W moim przypadku te argumenty niespecjalnie działają. Różne książki lubię mieć w zasięgu ręki – takie, o których wiem, że do nich wrócę, i to pewnie nie raz. Płyty kupuję często przez uznanie dla wykonawców. Dochody z płyt (nie mam tu na myśli gwiazd popu, sprzedających setki tysięcy czy miliony egzemplarzy) nie stanowią bardzo ważnej pozycji w ich budżetach; wiadomo, że zespoły zarabiają głównie koncertami. Ale, jeśli ta muzyka mi się podoba, jeśli jej chętnie słucham, to właściwie dlaczego miałabym uważać, że należy mi się ona za darmo?

Rubia

 

 

 

Wakacyjne wyjazdy, czyli syndrom florencki

Wakacje pomału się kończą, ale jeśli ktoś nie musi przygotowywać  dzieci do rozpoczęcia nowego roku szkolnego, ten ma jeszcze przed sobą sporo możliwości. Ja też wyjadę dopiero we wrześniu. Od paru lat tak planujemy urlopy, żeby przedłużyć sobie lato. Szczyt sezonu przeczekujemy, robiąc tylko krótkie wypady, na dłuższy wyjazd przychodzi pora, kiedy ustaje wakacyjna gorączka turystyczna.

Ostatnio jeździmy po Europie, gdzie ta zmiana jest bardzo widoczna. Turystów znacznie mniej, do tego głównie studenci i emeryci, raczej niespieszni i mało nerwowi. Miejsca warte zwiedzania ciągle jeszcze otwarte długo, jak w urlopowym szczycie. Przy muzealnych kasach prawie nie ma kolejek, w knajpach łatwo znaleźć wolny stolik, obsługa też  sprawniejsza. Same zalety.

Termin wyjazdu, to jedna sprawa. A druga wiąże się z pytaniem, co tak naprawdę chcemy wówczas zyskać.

Odpoczynek od codzienności, odprężenie, relaks – to odpowiedzi najczęstsze. Równocześnie łatwo zauważyć, i to u ludzi skądinąd całkiem rozsądnych, skłonność do przeładowywania takiego wyjazdu najrozmaitszymi atrakcjami; do rozpychania go tak, aby żadna chwila nie pozostała nie zagospodarowana.

Wydaje się to całkowicie zrozumiałe: urlop, nawet wykorzystywany w całości, wcale nie trwa długo, wyjazdy sporo kosztują; do niektórych miejsc wrócimy nieprędko, a może już nigdy. Nic więc dziwnego, że chcielibyśmy zobaczyć i przeżyć możliwie najwięcej, nasycić się tą urlopową rzeczywistością aż  po same uszy.

Tyle, że to się nie bardzo udaje.

Czytałam kiedyś we Włoszech o syndromie florenckim, czyli o załamaniu nerwowym, które amerykańscy turyści przeżywają właśnie we Florencji. Nie, wcale nie dlatego, że miasto jest tak wstrząsająco urodziwe, chociaż urody rzeczywiście nie sposób mu odmówić.  Po prostu, Włochy są końcowym etapem na trasie wojaży dookoła świata, jakie mają w swej ofercie amerykańskie biura podróży.  A wtedy, jak to zwykle bywa pod koniec długiej imprezy, przychodzi kulminacja stresu gromadzonego w ciągu kilku tygodni. Świat w pigułce okazuje się za trudny do przełknięcia. Ciągłe zmiany miejsca pobytu i przymus zwiedzania, oglądania, podziwiania (przecież to może jedyna taka wyprawa w życiu i jak tu nie zobaczyć Michała Anioła, nawet jeśli trzeba się nosem podpierać!) kończą się nawet w szpitalu. Nie pomaga zakwaterowanie w wysokiej klasy hotelach ani luksusowe autokary do przejazdów po mieście.

Taki syndrom łatwo sobie samemu zafundować, niekoniecznie we Florencji i nawet bez podróży dookoła świata. Wystarczy program nadmiernie ambitny – zbyt długie trasy, za wiele miejsc do obejrzenia, za mało czasu przeznaczonego na spokojne nicnierobienie. Na to, żeby posiedzieć gdzieś, połazić, poprzyglądać się ludziom i życiu na ulicy, nie myśląc o tym, że za chwilę trzeba wstać i iść albo jechać, bo następne cele czekają. Bo później skutek jest taki, że we wspomnieniach najczęściej powracają jakieś momenty najbardziej nerwowe, a na zdjęciach z trudem rozpoznajemy miejsca, gdzie byliśmy.

Podróże też wymagają pewnego rodzaju skupienia.

Kiedy nasz syn, stojąc na rynku w Gandawie, zapytał: – i po co tu właściwie przyjechaliśmy? –  nie przekonywałam go, że Gandawa jest perłą architektury, a w ogóle, to powinien się cieszyć, że ma możliwość poznawania świata. Zostawiliśmy dzieciaki w hotelu i sami poszliśmy w miasto (synowie mieli wtedy 10 i 12 lat oraz spore już doświadczenie w wyjazdach, więc nie obawialiśmy się, że zrobią sobie krzywdę, a przy okazji podpalą hotel). Następnego dnia obejrzeli z nami Ołtarz Gandawski i było dobrze.

Wyjazdy z dziećmi wymuszają zwolnienie tempa. Można to jednak osiągnąć i w inny sposób, choćby poprzez osobne spędzenie części dnia. Nie wszędzie przecież musimy chodzić razem. Ja mogę relaksować się w pociągu, w przeciągu, na drągu, ale najlepiej jednak odpoczywam w samotności i bezustanna obecność nawet bliskich osób zaczyna w pewnym momencie dawać mi się we znaki. Wtedy się rozdzielamy.

Kiedyś mąż z chłopakami pojechał kolejką linową na sam szczyt Etny, a ja zostałam u podnóża, w maleńkiej miejscowości składającej się z wielu kramów i kilku restauracji. Spędziłam tam parę godzin, pokręciłam się pośród tych kramów, nabyłam drogą kupna korale z lawy (ładne są, noszę je do dzisiaj) coś zjadłam, przeszłam się, zrobiłam trochę zdjęć i bardzo byłam zadowolona. Oni też, bo nałazili się do upadłego, zaglądając do szczelin, w których coś bulgotało. Podobno lawa. Ominął mnie widok bulgoczącej lawy, no cóż, trudno. Mimo wszystko, czuję się prawie tak, jakbym ją widziała. 🙂

Innym razem zostawiłam męża przy stoliku na deptaku w Burgos, a sama wybrałam się obejrzeć cysterskie opactwo Las Huelgas. Widział już w życiu parę opactw cysterskich, kolejne mógł sobie odpuścić. Siedział, czytał prasę, w międzyczasie deptakiem przedefilowała demonstracja związków zawodowych, więc obejrzał sobie miejscowy folklor polityczny (podobno ani się umywa do naszego) – i też było dobrze.

Kiedyś każdy powrót z zagranicy był jak zatrzaśnięcie drzwi, które ponownie otworzą się nie wiadomo kiedy. Teraz, gdy paszport mamy w szufladzie albo w ogóle z niego nie korzystamy, łatwiej pogodzić się z tym, że czas też nie jest z gumy i w ciągu dwóch albo trzech tygodni wszystkiego upchnąć się nie da. Trudno, może innym razem. A jeśli nie tu, to w innym miejscu, przy innej okazji. Świat jest różnorodny i mnóstwo na nim miejsc i zjawisk atrakcyjnych, starczy ich dla nas nawet przy najdłuższym życiu.

A w prasie już zaczynają się pojawiać artykuły, jak odpocząć i doprowadzić się do ładu po urlopie.

Rubia

O Sztuce planowania Dominique Loreau

Sztuka prostoty oraz  Sztuka umiaru są książkami interesującymi. Sztuka planowania jest natomiast książką zaskakującą.

Przede wszystkim, mało w niej o planowaniu. Po drugie – i to jest znacznie ważniejsze – autorka przekonuje nas, że czynnością bardzo w życiu istotną, a przy tym mającą wielorakie, korzystne skutki, jest sporządzanie list. Tak, list, czyli po prostu spisów.

Każda z nas na pewno zna dwa podstawowe rodzaje list: spraw do załatwienia oraz zakupów. Spisujemy je w kalendarzu, notesie, na jakichś kartkach i karteluszkach, nosimy ze sobą, przeglądamy odhaczając kolejne pozycje, czasem wyciągamy w sklepie. Kiedy spełnią swoje zadanie, wędrują do kosza. Czy którakolwiek z autorek takich list poświęca im uwagę? Nie ich treści, lecz im samym, jako materialnemu przedmiotowi i dokumentacji własnego życia? Przypuszczam, że wątpię, jak mawia klasyk rozrywki.

I tutaj właśnie wkracza Dominique Loreau. Posługując się rozmaitymi przykładami, z których większość pochodzi oczywiście z jej ulubionej kultury japońskiej, proponuje, żebyśmy sporządzanie takich list rozszerzyły na wszystkie dziedziny egzystencji, łącznie z jej wymiarem psychicznym i duchowym. Możemy zatem układać nie tylko spisy rzeczy i zajęć, ale również listy  własnych problemów, wyborów, uczuć, sytuacji przyjemnych i przykrych, wrażeń zmysłowych czy nawet wspomnień. Ich sporządzanie miałoby przynosić – zdaniem autorki – dobroczynne efekty: pogłębioną umiejętność autoanalizy i wynikający z niej lepszy wgląd we własne potrzeby, zdolność dokonywania właściwych wyborów, odrzucenie obciążeń z przeszłości oraz, generalnie, rozwój osobowości, który przynosi również poprawę kontaktów z innymi ludźmi.

Bazą propozycji są poglądy, które można spotkać również w wielu innych poradnikach psychologii popularnej. Tytuły podrozdziałów: Nie bądź ofiarą własnych emocji; Zanotuj swoje lęki, aby je oddalić; Skup się na rozwiązaniach, a nie na problemach, mówią same za siebie. Nowością jest natomiast sposób radzenia sobie z kłopotami czy to w sferze materialnej, czy duchowej, poprzez tworzenie spisów. Loreau pisze zresztą wprost, że, jej zdaniem, słowo ma działanie i magiczne, i twórcze.

Nie jestem psychologiem, więc nie do mnie należy ocena skutków terapeutycznych takiego działania. Przyznam się, że koncepcja rozpisywania całego życia na serię takich list w pierwszej chwili wydała mi się trochę maniakalna. Ponieważ jednak czytanie książki trwa dłużej, niż chwilę, zdążyłam się z nią oswoić i znaleźć w sugestiach autorki rozmaite walory.

Moje doświadczenie z układaniem list niewiele wykracza poza sprawy podstawowe, czyli notowanie tego, co mam zrobić i kupić. Kiedy przez kilka lat krążyłam między Niemcami, Włochami i Polską, zrobiłam sobie również spis ciuchów, gdyż gubiły mi się w pamięci i potrafiłam kupić bluzkę niemal identyczną jak trzy inne, które już wisiały w szafie. No i spisywałam tę nieszczęsną porcelanę Indisch blau, żeby nie rozbudowywać nadmiernie zestawu. Miało to wszystko wymiar bardzo praktyczny, służyło ogarnięciu chaosu pośród przedmiotów. Zapisywanie własnych zalet i wad, emocji, pragnień, obaw? Gdybym akurat brała udział w jakichś warsztatach typu „trening interpersonalny” albo „rozwój ukrytych talentów”, wtedy tak. Potrafię wyobrazić sobie takie listy jako część pewnego zadania. Ale żeby tak wyłącznie dla siebie, spisywać i potem przechowywać? Nie jestem pewna, czy to opcja dla mnie.

Osoby piszące pamiętniki pewnie odrzuciłyby taki pomysł. Podobnie blogerki, które blog traktują jak pamiętnik. Jeśli ktoś potrzebuje narracji i swobodnej wypowiedzi, raczej nie będzie układał list według wskazówek autorki Sztuki planowania, która kładzie nacisk przede wszystkim na maksymalną zwięzłość.

Z drugiej strony: wypełniamy przecież różne ankiety, kwestionariusze osobowe, w CV porządkujemy wydarzenia z własnego życia, starając się w minimum słów zawrzeć maksimum faktów. W ten sposób uczymy się kondensować to, co dla nas naprawdę ważne. Jest to więc jakaś baza dla takich krótkich, zwięzłych notatek składających się z serii pojedynczych słów.

Sądzę, że sugestie zawarte w tej książce dadzą się zastosować na dwóch poziomach. Pierwszy, praktyczno-codzienny, jest dosyć oczywisty. Chociażby taka lista potraw najczęściej w domu przyrządzanych: dzięki niej będziemy wiedzieć, ile tak naprawdę wykorzystujemy z bogactwa przepisów zgromadzonych w książkach kucharskich i pracowicie ściąganych z netu. Tutaj akurat można działać swobodnie, układając przeróżne zestawienia, które pokażą, jak funkcjonuje nasz dom i najbliższe otoczenie.

Na poziomie drugim, czyli tam, gdzie mielibyśmy zajmować się własnym wnętrzem i stosunkiem do świata, nic nie jest oczywiste. Wiele zależy od indywidualnych skłonności do introspekcji oraz umiejętności autoanalizy. Jednakże listy celów mniej czy bardziej odległych albo wartości, jakie są dla nas ważne (byleby pisać szczerze) czy też pomysłów na przyszłość, niewątpliwie mają walor poznawczy, a może i przydadzą się jako wskazówki przy wprowadzaniu zmian w życiu. Zwłaszcza, jeśli tych kartek nie odłożymy gdzieś do szuflady, lecz będziemy często po nie sięgać, zastanawiając się nad ich treścią.

A poza tym – jest w tych propozycjach Dominique Loreau sporo wdzięku. Zwłaszcza w części ostatniej, zawierającej porady, na czym i w jaki sposób spisywać owe listy: na pięknym papierze, kaligraficznie, ozdabiać rysunkami, potem przechowywać je troskliwie, posegregowane według sobie tylko wiadomego klucza… Takie na przykład wynotowanie przyjemności dnia codziennego – ile tu możliwości! Ponieważ mam w domu trochę ozdobnego papieru formatu A4, złapałam wiatr w żagle i zaczęłam pomysł twórczo rozwijać. Przyjemności ograniczę do dwunastu, ale są przecież te dla ciała i te dla ducha. A na przykład taki spacer po lesie w słoneczny letni dzień można zaliczyć do obu kategorii, potwierdzając, że człowiek jest jednością tych elementów, które  nie zawsze harmonijnie ze sobą współpracują. Las, lato… Na pewno da się ułożyć osobną listę przyjemności wakacyjnych. Skoro lato, to i zima. Dwanaście przyjemności zimowych? Brr… Nie znoszę zimy. Więc myślę. Wypisałam trzy. W tym dwie związane z jedzeniem. Po kilku dniach jeszcze dwie, też kulinarne. Trzeba czymś tę monotonię urozmaicić, gdyż objadanie się nie jest zdrowe. Myślę, myślę… Jak wymyślę, to zapiszę. Kaligraficznie, na marmurkowym papierze.

Rubia

Dla porządku: Dominique Loreau, Sztuka planowania, tłum. Angelina Waśko-Bongiraud, wyd. Czarna Owca, Warszawa 2012

Co na codzień, co od święta

Kiedyś było łatwiej. Istniał na przykład dość surowy kodeks ubraniowy: stroje domowe, wyjściowe, wizytowe, wieczorowe, na specjalne okazje – wiadomo było, w czym iść do cioci na imieniny, w czym na pogrzeb, a w czym do teatru. Może ten system był śmieszny i  stwarzał sztuczne potrzeby,  ale jednak dawał czytelne wskazówki, jak funkcjonować. Od kiedy w dżinsach można pójść do opery, a czarne spodnie plus jakaś zmieniająca się góra dadzą się wykorzystać w wielu sytuacjach, granice zaczęły się zacierać. Jeśli nie wymagają tego od nas w pracy (dress code obowiązuje przecież nadal, nie tylko w dyplomacji), najczęściej sami decydujemy o tym, jaki strój nam właśnie pasuje.

Podobnie w domu. Świąteczny serwis plus takież sztućce i obrus – to był mus absolutny. Święta, imieniny czy urodziny, wizyty gości dawno nie widzianych były okazją, żeby to wszystko wjechało na stół. Bo uroczystość, to uroczystość – ma być inaczej, niż na co dzień, i już.

Mam i ja taką porcelanę odświętną, kompletowaną zresztą przemyślnie w Niemczech, gdzie mieszkaliśmy parę lat. Wzór Indisch blau, czyli indyjski błękit, produkowany od lat już ponad osiemdziesięciu przez różne wytwórnie. Ma to swoje zalety: głównie tę,  że jeśli koty ściągną ze stołu obrus ze wszystkim, co właśnie  na nim ustawiłam, to zawsze w jakimś sklepie Indisch blau się znajdzie. Odpada dzięki temu kłopot z uzupełnianiem brakujących talerzyków czy filiżanek. Poza tym, ten wzór rysowany cienką kobaltową kreską po prostu mi się podoba. Wszystko było więc przemyślane, logiczne, funkcjonalne…

I jest takie nadal. Tyle, że z tego serwisu prawie nie korzystamy. Okazało się, że cienka kremowa porcelana, używana na co dzień, odpowiada nam również od święta. Pasuje do wszystkiego, na bambusowej podkładce wygląda równie dobrze, jak na adamaszkowym obrusie, a ponieważ nie ma żadnych zdobień, można ją także kupować na sztuki, nie dbając o wytwórnię. Dla miłośników no logo – klasyka.

Czyli jest tak, jak powinno być. Poza tym, że serwis Indisch blau zajmuje mi pół serwantki. Ale przy okazji zaczęłam się zastanawiać, jak to jest z tą odświętnością. Nie mam tu na myśli Bożego Narodzenia czy Wielkanocy albo nawet hucznego weseliska, bo te mają swoją własną tradycję. Jak to jednak jest z takimi uroczystościami bardziej indywidualnymi? Przyjmujemy gości, ale jak? Czy świętowanie wymaga jeszcze w ogóle jakiejś oprawy? Stroju innego, niż codzienny, odmiennego nakrycia stołu?

Rubia

 

 

 

O potrzebie odporności

Pałac w Knossos – około 1500 p.n.e.

Według psychologa Henry’ego Murraya, każdy człowiek ma potrzebę przyjemnych doznań  zmysłowych. Dotyczy to wszystkich zmysłów. Dlatego lubimy słuchać śpiewu ptaków albo muzyki, dbamy nie tylko o wartość odżywczą potraw, lecz również o ich smak i zapach, i chętnie zakładamy ubrania z tkanin miłych w dotyku. Zasada ta obejmuje również wrażenia wzrokowe. Już całkiem małe dzieci potrafią wybierać zabawki i przedmioty, które im się podobają. Potrzeba upiększania siebie oraz otoczenia towarzyszyła ludzkości właściwie „od zawsze” i w każdych warunkach – potwierdzają to zarówno paleolityczne malowidła na ścianach jaskiń w Pirenejach, jak i tatuaże na ciałach członków plemion w dżungli nad Amazonką.  Jest to również potrzeba zadziwiająco egalitarna, niezależna od miejsca jednostki w społeczeństwie i jej zasobów materialnych. Kwiat, który dziewczyna wpinała we włosy, mógł pochodzić z łąki, oranżerii albo z  pracowni jubilerskiej. Obrazy zawieszane na ścianach były cenione w chłopskich chatach tak samo, a może nawet i bardziej, jak w salonach arystokracji, zaś garncarz mógł poświęcać zdobieniu swoich glinianych talerzy i dzbanków nie mniej uwagi, niż projektant wykwintnej porcelany.

Pod tym względem, przez całe wieki czy nawet tysiąclecia, nic się nie zmieniło. Nowością natomiast, którą przyniósł wiek XX, stała się możliwość zaspokajania potrzeb estetycznych poprzez wyroby przemysłowe. Od kiedy przy fabrykach produkujących przedmioty dla masowego, a może również i elitarnego, lecz anonimowego odbiorcy zaczęły powstawać biura projektowe, w których całe ekipy zajmowały się nie tylko funkcjonalnością, ale także formą produktów, możliwości zaspokojenia własnych upodobań stały się zadziwiająco szerokie. Obecnie, poczynając od  odtwarzaczy mp3, poprzez komputery, sprzęt gospodarstwa domowego i wyposażenie mieszkań, aż po samochody i jachty, możemy wybierać przedmioty kierując się nie tylko ich użytecznością, lecz również wyglądem. Oferta wzornictwa przemysłowego  stała się najprostszą drogą do zaspokajania potrzeb i użytkowych, i estetycznych. Korzystamy z tego zazwyczaj bezrefleksyjnie, lecz z zapałem – wybierając, zestawiając, dopasowując, jednym słowem, formując na miarę własnych sił i środków naszą strefę prywatną. Wybieramy, gubimy się w nadmiarze, nie wiemy dokładnie, czego nam potrzeba, a wtedy oparciem staje się moda albo „trend”. Chcemy być modni albo trendy, i nie dotyczy to jedynie ciuchów i własnego wyglądu, lecz również tej części otoczenia, która od nas zależy. Przestajemy wierzyć własnym oczom, zdajemy się na opinie osób, które z niewiadomych powodów zajmują pozycję autorytetów. I przy okazji tracimy coś własnego, gdyż bycie trendy oznacza przyjmowanie tego, co inni nam podsuwają, według kryteriów, które nie są nasze.

W ten sposób bardzo słuszna przecież postawa, jaką jest chęć życia pośród przedmiotów, które nam się podobają, przeradza się w swoją karykaturę.  Małe dzieci, kiedy jeszcze nie mają pojęcia o cenach i prestiżowych markach, potrafią wybierać, kierując się rzeczywiście własnymi potrzebami i własnym gustem.  Szybko im to przechodzi, gdyż wpływ reklam i rówieśników robi swoje. Najważniejszą “wartością dodaną” staje się marka.  Mój syn, kiedy był całkiem mały, chciał mieć butki czerwone.  Potem – takie, jak Marcin, kolega z przedszkola. A potem miały to być buty Pumy (Nike, Adidasa, Reeboka, wszystko jedno, liczyło się coś, co akurat było na topie), fason i kolor znalazły się dopiero na kolejnych miejscach.  Chociaż akurat my z mężem wcale nie mamy rozbuchanych skłonności konsumpcjonistycznych i kult marek to ostatnie, o co można nas posądzać.  Ale to jest taka mentalna ospa wietrzna: zapada się na nią w dzieciństwie, bierze się nie wiadomo skąd, a zaraźliwa jest w stu procentach. Tyle, że trwa znacznie dłużej, niż wysypka na ciele.

Czy jest na to jakaś rada? Szczepionki, niestety, brak, sztucznie wywołanej odporności się nie wyhoduje. Ale jednak są pewne szanse: kiedyś z tego się wyrasta. Potrzeba wspólnoty, przynależności do grupy, która ma te same gadżety, najsilniejsza jest w wieku nastoletnim. Potem przychodzi potrzeba indywidualizacji. I to jest dobry moment, żeby wyrobić w sobie dystans wobec ofert, które poprzez media płyną do nas od strony producentów. Nie jest to łatwe, wiem, właściwie należałoby stracić wzrok i słuch, gdyż samo pozbycie się telewizora niczego jeszcze nie gwarantuje. Ale można się starać. Zasadniczo nie ma przecież nic złego w tym, że chcemy mieć wokół siebie przedmioty ładne, przyciągające uwagę, dające zadowolenie. Problem polega na tym, że bardzo często zaspokajają one potrzeby, których tak naprawdę nie mamy.

Rubia