estetycznie, indywidualnie…

Lubię jeść. I lubię też, żeby przy garnkach stał kto inny. W moim otoczeniu brak jednak chętnych, żeby na co dzień mnie w tym zastępować. Gotuję zatem sama, a ponieważ nie chcę, żeby domownicy kręcili nosem nad talerzami, więc się staram. Pomagając sobie przy tym wiedzą wyniesioną z domu (moi rodzice oboje bardzo dobrze gotowali; szkoda, że takich umiejętności nie można odziedziczyć wprost, bez żadnego wysiłku, jak koloru oczu albo włosów), no i oczywiście książkami kucharskimi.

Otóż to. Książki kucharskie.

Dominique Loreau, która pewnie stała się już guru polskich minimalistek, zalecając radykalne ograniczenie księgozbioru nie robi wyjątku dla książek kucharskich. Pisze, skądinąd słusznie, że kupowanie ich nie zastąpi umiejętności gotowania, stwarza natomiast złudne wrażenie, że w sprawach kulinarnych jesteśmy ekspertami.

Przejrzałam pod tym kątem wszystko, co stało u mnie na półkach. Pani Loreau jest niezłym psychologiem!

Zdaje się, że często kupowałam książki na zasadzie: a tego to jeszcze nie mam. W ten sposób przybywało mi tomików z różnych serii wydawniczych. Bo skoro kupiłam kuchnię włoską i hiszpańską, to czemu nie dokupić jeszcze chińskiej, meksykańskiej, japońskiej i brazylijskiej? Ładnie razem się prezentują, a przecież zawsze jest szansa, że kiedyś z nich skorzystam.

Po drugie, kupowałam książki dobrze wydane. Takie, które cieszyły raczej oko, niż podniebienie.

Po trzecie – książki specjalistyczne. Przepisy wegetariańskie, wegańskie, kuchnia pięciu przemian, kuchnia makrobiotyczna. Warzywa egzotyczne w naszej kuchni, ciasta z mąki pełnoziarnistej, czekolada na ileś tam sposobów, owoce na słodko i pikantnie… Do tego książki o domowych przetworach. Jak być ekspertem, to we wszystkim, a co!

Po czwarte –  rozmaite książki, które się wzięły nie wiem skąd. Jak na przykład Książka kucharska dla samotnych i zakochanych. Solidna, nie powiem, ale jakoś dziwnie mało zmysłowa.

Oczywiście,  z większości tego księgozbioru nie korzystałam NIGDY.

Po radykalnym odchudzeniu moja podręczna biblioteczka kuchenna została sprowadzona do kilkunastu książek. Mają one wartość różną i nie zawsze użytkową. Takim dziełem, z którego raczej nie korzystam i korzystać nie będę, jest 365 obiadów Lucyny Ćwierczakiewiczowej. No cóż, to właściwie klasyka literatury polskiej, może stanąć w biblioteczce gdzieś pomiędzy Prusem i Reymontem, tym bardziej, że mam reprint ładnie wydany, w twardej oprawie ze złoceniami.

Do użytku przeznaczona jest natomiast W staropolskiej kuchni i przy polskim stole Marty Lemnis i Henryka Vitry, książka zasadniczo historyczna, lecz z przepisami, które bez problemu dadzą się wykorzystać i na co dzień, i od święta. Wszystkie podawane miary są współczesne i niczego nie trzeba przeliczać. Co prawda, już od lat obiecuję sobie, że na Wielkanoc zrobię babę muślinową, lecz jest to przepis z rodzaju: weź sześć hożych dziewek i pachołka do palenia w piecu… Nie wyobrażam sobie, żebym cierpliwie ucierała 24 żółtka z cukrem przez 30 minut i nie wiem, kto by to za mnie zrobił. Są tam jednak i przepisy bardziej odpowiadające moim możliwościom. Podobny charakter mają Polskie posty Barbary Adamczewskiej, poświęcone tradycyjnej, rodzimej kuchni bezmięsnej, gdyż, jak wiadomo, ludzie kiedyś postów przestrzegali, a te trwały długo. Nie sądzę wprawdzie, żebym kiedykolwiek robiła lina z kapustą (skąd wziąć lina?), lecz sięganie do tych przepisów daje jakieś miłe poczucie zadomowienia, gdyż jest to kuchnia znana mi właściwie od dzieciństwa.

Ślady częstego używania noszą dwie książki Małgorzaty Musierowicz: Łasuch literacki oraz Całuski pani Darling. Pierwsza jest o potrawach, które jadali bohaterowie jej własnych książek, druga o tych, które pasują do rozmaitych innych postaci literackich. Ponieważ książki zasadniczo przeznaczone są dla dzieci czy nastolatków, pani Musierowicz dostosowała przepisy do możliwości czytelników. Co nie zmienia faktu, że wiele z nich jest świetnych, zwłaszcza tych na ciasta. Mazurek orzechowy, nazwany przez autorkę mazurkiem pani Twardowskiej, jest u nas nieodmiennie hitem Wielkanocy, zaś związana z nim interpretacja ballady Pani Twardowska pióra naszego narodowego wieszcza, to majstersztyk sam w sobie.

Zostawiłam również dwie książki włoskie – jedna jest przeglądem potraw typowych dla każdego regionu Włoch, druga prezentuje tylko kuchnię Sycylii. Nie lubię owoców morza, a o świeże ryby morskie u nas niełatwo, więc przydatność wielu przepisów w naszych warunkach jest taka sobie, lecz same książki są również pamiątką trzech lat, jakie tam spędziliśmy. Po powrocie do Polski natrafiłam na serię książeczek, właściwie broszur, ale ładnie wydanych, tłumaczonych z włoskiego – a to pizze, a to makarony, a to potrawy jednogarnkowe – i kupiłam je głównie dla młodszego  syna. Zapraszany przez kolegów, poznał tamtejszą kuchnię domową i został zwolennikiem jedzenia „po włosku”. Do tego dobrze mu wychodzi mieszanie w garnkach, niech się więc dokształca. Kuchnia włoska ma zresztą tę zaletę, że jest prosta. Potrawy przyrządza się z niewielu składników, opis wykonania najczęściej nie przekracza kilku zdań. Akurat coś dla mnie.

Przez gęste sito selekcji przeszła też książeczka o wypiekach z mąki pełnoziarnistej, ze względu na proporcje składników, trochę inne, niż w ciastach ze zwykłej mąki. Oraz niemiecka książeczka z przepisami na gofry, w wersji słodkiej i pikantnej. Niemiecką kuchnię trudno komukolwiek polecać, ale ponieważ tam właśnie kupiłam sobie gofrownicę i często piekłam dzieciakom gofry, to i przepisy bardzo się przydały.

Została jeszcze Kulinarna podróż dookoła świata, z której często korzystały moje dzieciaki, pochłonięte wizją dań egzotycznych (to też pozycja dla młodocianych), oraz trzy książeczki: o kawie, herbacie i czekoladzie w różnych wariantach i z rozmaitymi dodatkami.

I teraz pytanie: czy w ogóle warto trzymać jeszcze w domu książki kucharskie, skoro i tak największym źródłem wiedzy kulinarnej jest w tej chwili Internet? Przecież bez trudu można w nim znaleźć przepisy na najbardziej wyszukane czy też egzotyczne potrawy, czasem również ze wskazówkami, gdzie kupić składniki, których nie dostaniemy w przeciętnym sklepie spożywczym.

Z tego punktu widzenia – zapewne nie warto. Kiedy jednak patrzę na to, co zostawiłam, dochodzę do wniosku, że podobają mi się takie książki, które mówią o czymś więcej, niż tylko samo gotowanie. O ludziach, o innych książkach, o obyczajach, o historii. O gatunkach, uprawach i przyprawach. Albo, po prostu, związane są z jakimś ważnym okresem mojego życia. I właśnie dzięki tej „wartości dodatkowej” nie zamierzam ich oddać ani sprzedać.

Bo tak na co dzień, w gruncie rzeczy, korzystam albo z przepisów rodzinnych (niewiele zresztą ich mam; rodzice gotowali raczej intuicyjnie, a mama miała w pamięci nawet całe przepisy na ciasta, niczego nie musiała sprawdzać), albo wyciągam rozmaite karteluszki, pojedyncze przepisy skądś wycięte, a nawet wyrwane, teraz przechowywane w specjalnej teczce. Zadziwiająca skarbnica.

A dla urozmaicenia zaglądam czasem na blogi kulinarne. Bo to też świetna lektura. No i kształcąca.

 Rubia

Reklamy

Comments on: "Z książką w kuchni" (10)

  1. Książki kulinarne – kuszą zdjęciami, kolorami, opisami. Trudno jednak bez szczeglnego postanowienia z nich korzystać. A blogi – przydają się, oj przydają się!

    • rubia said:

      Podobno najpierw je się oczami i na to liczą wydawcy takich książek pełnych pięknych zdjęć. Autorki blogów też zresztą wrzucają czasem bardzo udane fotografie. No i rózne rady, dokładne opisy – podoba mi się takie zaangażowane pisanie o kuchni.

  2. Jakiś czas temu mocno zredukowałam kulinarną biblioteczkę. Właśnie dlatego, że z wielu książek w ogóle nie korzystałam. Zostały mi dwie duże, albumowe książki z kuchnią wegetariańską, niepozorna książka Paoli Gavin „Wegetariańska kuchnia włoska” (absolutny nr 1 w mojej kuchni), dwa tomiki „Naturalnej kuchni wegetariańskiej”, którą w latach 90. wydawali Adwentyści. Do tego zeszycik z własnymi notatkami.
    Kiedy szukam czegoś nowego, to i tak zazwyczaj w internecie. Zwłaszcza przepisy na ciasta, których nie robiło się u nas w rodzinie. W ten sposób poznałam babkę piaskową albo panettone. Nawiasem mówiąc – myślałam, że panettone to szczyt cukierniczego wyrafinowania, a Wy tu dyskutujecie o jakiejś babie muślinowej. 😉
    Udanych smaków!

    • rubia said:

      Panettone jest świetne, ale ja zawsze kupowałam gotowe. Nie odważyłabym się sama piec. 🙂 A w necie krążą rózne przepisy na babę muślinową z użyciem miksera, ale czy to będzie taka prawdziwa baba? 😀 Mnie w niej przeraża ucieranie żółtek przez pół godziny, a potem wyrabianie ciasta przez godzinę. Czas to nawet bym znalazła, ale ręce by mi chyba odpadły od tego wyrabiania…

      • Może to właśnie o to ucieranie chodzi? A jak spowolnić przy tym w życiu można. 😉 Panettone robiłam z tego przepisu http://pistachio-lo.blogspot.com/2010/12/woska-baba-panettone-w-mediolanie.html – nie jestem mistrzem kuchni, a wyszło przepyszne. Problemem był tylko brak wysokiej formy, ale jakoś sobie poradziłam podwyższając brzegi tortownicy papierem.

      • rubia said:

        Na pewno chodzi o ucieranie. Moja mama twierdziła, że ciasto drożdżowe ucierane mikserem nigdy nie dorówna temu ręcznemu, a jej babki drożdżowe to była poezja. To samo pisze zresztą pani Musierowicz. Podobno do ciasta wyrabianego łyżką dostaje się więcej powietrza, a to wpływa na jego pulchność. Nie wiem, czy to prawda, ale skoro doświadczone gospodynie tak twierdzą, to coś w tym musi być. Piękne dzięki za adres bloga z panettone, zapisałam i będę musiała przejrzeć dokładniej, bo dużo tam smakowitości zauważyłam. 😀

      • Ja dopiero niedawno znalazłam taką informację, że im krócej miesza się mąkę z płynnymi składnikami, zwłaszcza w drożdżowym cieście, tym większe „oczka” w wypieku. I koniecznie na wolnych obrotach miksera. A ja bardzo lubię takie drożdżowe, w którym właśnie są jakby długie „wióry”. Może faktycznie, gdyby mieszać ręcznie, byłoby jeszcze lepsze? Spróbuję przy najbliższej okazji. 🙂

      • rubia said:

        Kiedyś gospodynie miały pełno różnych sposobów radzenia sobie z rozmaitymi potrawami czy produktami – takie małe tajemnice zawodowe. To rzadko trafia do książek kucharskich, chyba, że je piszą prawdziwi pasjonaci. Dlatego lubię czytać blogi, gdzie dziewczyny nie tylko podają przepisy, ale też często piszą o swoich doświadczeniach. Bo czasem wystarczą jakieś małe zmiany i potrawa wychodzi lepsza niż wtedy, gdy się ściśle trzymamy przepisu. 😀

  3. Jestem fanką książek kulinarnych, choć jak na fankę nie mam ich wielu. Podczas „oczyszczania przestrzeni” wielu się pozbyłam. Mam przede wszystkim reprint Disslowej z początku ubiegłego wieku. I tak naprawdę to jest ona podstawą wszystkiego. Jakiekolwiek miałabym wątpliwości, to tam znajduję odpowiedź.
    Kuchni włoskiej też trochę mam, bo bardzo lubimy dania tego kraju. Ale też bez szaleństw 🙂
    A co do karteluszek i blogowych przepisów, to mam taką zasadę, że wypróbowuję. Jak się sprawdzi to zapisuję w zeszycie, jak nie – do kosza.
    A tą babę z 24 żółtek upiekłam dwa lata temu na Wielkanoc 🙂
    Pozdrawiam!

    • rubia said:

      Podziwiam Twoją cierpliwość. W sprawie baby muślinowej, oczywiście. Mam nadzieję, że warta jest tego wysiłku, który trzeba w nią włożyć. 🙂
      Jeśli ktoś jest pasjonatem kuchni, gotowania, to bibliotekę może sobie gromadzić ogroooomną. Ale jeśli nie, to rzeczywiście wystarczy jedna solidna książka jako podstawa, do której można sięgnąć w różnych ciężkich chwilach, a reszta – według upodobań, ale bez przesady.
      Ja te swoje przepisy na karteczkach będę musiała wkleić do kołonotatnika, podzielone na jakieś sensowne grupy. Kiedyś tak zaczęłam robić, ale, z niewiadomych przyczyn, przestałam.
      Miłego gotowania!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: