estetycznie, indywidualnie…

Posts tagged ‘odzież’

W co się przyodziać czyli o minimum ciuchów

   Ograniczyć garderobę własną do niezbędnego minimum – cel szczytny, lecz niełatwy. Szafy porządkuję dość regularnie, a mimo to… Wiadomo, nie warto pisać szczegółowo. W pewnym momencie, krążąc pomiędzy domem na wsi (który został wybrany na siedzibę całoroczną), a mieszkaniem w mieście (gdzie jednak zimą żyło się znacznie wygodniej) stwierdziłam, że już sama nie wiem, gdzie co mam, ani ile czego. Żeby więc nie wozić ze sobą ciuchów, zaczęłam je kupować, ze skutkiem oczywistym.

Teraz, kiedy mieszkanie w mieście zostanie wynajęte, a dobytek ruchomy przewieziony na wieś, problem nadmiaru garderoby pokazał się w całej jaskrawości. Przy okazji wyszło jednak na jaw, że nic nie wpływa tak dobrze na moją zdolność konstruktywnego myślenia, jak konieczność rzeczywistego opróżnienia szaf.  Stanęłam zatem przed lustrem i zaczęłam przymierzać. Jeśli cokolwiek się opinało, ciągnęło albo dopinało na wdechu, od razu wędrowało do wora. Tak samo było z rzeczami nazbyt do siebie podobnymi. Ile w końcu można mieć beżowych żakietów albo czarnych spódnic? Dla białych i ecru byłam jednak bardziej wyrozumiała.

Jeden wór oczywiście nie wystarczył. Początek jednak został zrobiony.

A potem naszły mnie wątpliwości. Dużo ich było, cały tłum.

Radykalni zwolennicy koncepcji 100 rzeczy (są dla mnie punktem odniesienia, gdyż ta setka pełni funkcję umownej granicy, a w takich działaniach zawsze jest dobrze wytyczyć sobie jakąś granicę) nie uwzględniają jednak paru okoliczności. Tego, na przykład, że w Polsce są cztery pory roku i za oknem może być zimno-sucho, zimno-mokro, ciepło-mokro albo upalnie-sucho. I jakoś do tego trzeba się dostosować. Poza tym człowiek, a już zwłaszcza kobieta, która nie pracuje w domu jako wolny strzelec, lecz gdzieś do jakiejś pracy chodzi, musi nosić stroje przystające do zwyczajów środowiska. Jak to stwierdził pewien starszy pan, właściciel kancelarii adwokackiej, na widok młodej aplikantki, która latem przyszła do pracy w butach  z odsłoniętymi palcami: w negliżu, pani koleżanko, to na plażę…

No, chyba że nosi się mundur, kombinezon albo fartuch roboczy, lecz nie każdy ma takie szczęście.

A czasem też się gdzieś wychodzi – trzeba mieć zatem coś wyjściowego. No i urlopy również się trafiają, a wtedy ciuchy do pracy odpadają z definicji, a te domowe – raczej też.

W ten sposób garderoba została podzielona na tę do pracy – wiosenno-letnią i jesienno-zimową, a poza tym: domową (też się trochę różni sezonowo, ale nie tak bardzo), urlopową i wyjściową. Ten podział objął także ciuchy wierzchnie, buty i torebki. A potem zrobiłam spis rzeczy w każdej z tych kategorii. I od razu listę (na szczęście niedługą) ciuchów potrzebnych. Po wyniesieniu worków okazało się bowiem, że paru rzeczy jednak brakuje. Na przykład czarnych dżinsów – poprzednie straszliwie się już zeszmaciły. Poza tym, typową bolączką  przepełnionych szaf bywają pojedyncze sztuki, których nie ma do czego nosić. Mogą być same w sobie atrakcyjne, ale do innych nie pasują kolorem, fakturą albo stylem. Tutaj  oszacowałam, który z takich singli daje największe szanse, że jednak trafię na coś sensownego do pary.  Przy okazji pogrupowałam, co się dało, w zestawy. Spódnice i spodnie, do nich pasujące żakiety albo bluzki. Parę ciuchów na nowo ujawniło w tych zestawieniach swoją, trochę nieoczywistą, urodę. Nie ma to jak dobre towarzystwo.

Nadal tego wszystkiego sporo jest. Teraz jednak będą znikały tylko pojedyncze sztuki.

A tak na marginesie: świetną drogą do minimalizacji jest konsekwencja kolorystyczna. I to wcale nie na zasadzie białe – beżowe – szare – czarne. Świadome operowanie barwami, fakturami i wzorami daje mnóstwo możliwości przy całkiem niedużym zasobie ciuchów. Nie jest to jednak wpis o modzie, więc o tych zabawach może coś wrzucę innym razem.

Rubia