estetycznie, indywidualnie…

Posts tagged ‘średniowiecze’

Turystyka kwalifikowana III, czyli znowu o muzyce średniowiecznej

Grajek i tancerka
Kodeks Manesse, ok. 1300 Heidelberg, Biblioteka Uniwersytecka

Właściwie miałam zamiar pisać o czymś zupełnie innym, ale tak mi się jakoś nostalgicznie zrobiło… Pewnie dlatego, że skończył się festiwal Skrzyżowanie Kultur, w tym roku prowadzący w regiony naprawdę odległe, a trochę może też i dlatego, że na mój blog trafił czytelnik, który w wyszukiwarce wypisał frazę: strój średniowiecznego grajka. Wprawdzie akurat piszę raczej o strojach nieśredniowiecznych, ale to mnie zastanowiło. Czyżby ktoś z grupy rekonstrukcyjnej szukał wzorów kostiumów?  Tak więc i o strojach tutaj będzie trochę, chociaż oczywiście ważniejsza jest muzyka.  A także to, w jaki sposób powstawała.

Średniowiecze nie znało pojęcia praw autorskich; wprost przeciwnie, naśladowanie jakiegoś znakomitego pierwowzoru było nawet zalecane i pochwalane. Dlatego rozmaitych naśladownictw i trawestacji spotykamy w tej muzyce niemało; najczęściej – co zresztą aż do dzisiaj jest częstą praktyką – układano nowy tekst do już istniejącej melodii. (więcej…)

Reklamy

Turystyka kwalifikowana II, czyli śladami muzyki średniowiecznej

Pani Muzyka. Miniatura z francuskiego rękopisu z około 1500 r. Paryż, BNdF.

Nie będę zakładać odrębnego blogu dla tych moich średniowiecznych wędrówek nie-wędrówek, więc piszę tutaj, chociaż z minimalizmem mają one niewiele wspólnego. Za to dużo z powrotem do korzeni, a może do źródeł. Kulturowych, rzecz jasna.

Te średniowieczne festiwale, o których wcześniej pisałam, nie zasługiwałyby w pełni na swoją nazwę, gdyby brakowało na nich śpiewu, tańca i w ogóle muzyki. Na szczęście, muzyka jest tam stale obecna. Grają i śpiewają zarówno amatorzy, jak i profesjonaliści, do tego bardzo biegli w swoim fachu. Ale – co właściwie grają?

Ze średniowieczną muzyką świecką – bo przecież na takich spotkaniach nie śpiewa się Stabat Mater ani Dies irae – jest ten problem, że właściwie nie wiadomo, jak brzmiała. Skale muzyczne były wówczas inne, niż obecnie, zapis nutowy – też odmienny i na jego podstawie można odtworzyć właściwie tylko melodię, a i to nieczęsto się zdarza. Zachowały się całe śpiewniki, które można traktować właściwie jak zbiory poezji, gdyż brak w nich notacji muzycznej. Z innych źródeł wynika jednak, że te wiersze były śpiewane. Właściwie dopiero z XIV i XV wieku, a więc z tego okresu, który nazywany jest jesienią średniowiecza, zachowało się więcej tekstów z zapisem towarzyszącej im melodii. Dzieje się tak dlatego, że muzyka często była improwizowana, a instrumentarium – zmienne, zależne od okoliczności. W zamkowej komnacie można śpiewać we dwoje, akompaniując sobie na lutni, która ma dźwięk piękny, lecz mało donośny. Ta sama lutnia nie będzie słyszalna na miejskim placu. Tu potrzebny jest i większy zespół, i inny zestaw instrumentów.

Z instrumentami też zresztą są kłopoty. Te oryginalne to prawdziwe rarytasy, przechowywane w muzeach.  Nowe trzeba budować, posługując się obrazami.  Na tej miniaturze u góry, Pani Muzyka gra na psalterium, obok niej po lewej stronie leży harfa, a po prawej stoi portatyw. Z harfą nie ma wielkich problemów, gdyż ciągle była i jest używana, ale psalteria i portatywy wyszły z użycia dawno temu i teraz fachowcy muszą je rekonstruować. Brzmienia jednak w ten sposób nie sprawdzą.

Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, jedni wykonawcy chcą pozostać możliwie najbardziej wierni epoce, dla drugich zaś zapisy z przeszłości są jedynie punktem wyjścia do rozmaitych wariacji na temat. Dzisiaj parę przykładów tego nurtu rekonstrukcyjnego, w którym wykonawcy mieli do dyspozycji nie tylko tekst, ale również zapis melodii.

Tu taka sytuacja najprostsza: dwoje śpiewaków i lutnia. Amerykański duet Asteria, a pieśń? Miłosna, dworska, ze śpiewnika wykonanego dla księcia Burgundii Filipa Śmiałego pod koniec XIV wieku. Bardzo kameralnie i lirycznie.

 

A tu zupełnie inna sytuacja: Calenda Maia, duży zespół, wiele instrumentów, muzycy w strojach stylizowanych na epokę, instrumenty rekonstruowane według średniowiecznych wzorów, repertuar różny, pieśni świeckie i religijne. Grajkowie są również śpiewakami (nawet flecista!). Dama w jasnej sukni gra na portatywie – małych, przenośnych organach. Niektóre były tak małe, że grajek nosił je na pasie przerzuconym przez ramię, a do gry ustawiał na kolanie.

Asteria to zespół z USA, a Calenda Maia – z Chile. Najlepszy dowód na to, że te średniowieczne zabawy podobają się również tam, gdzie średniowiecze, w naszym rozumieniu tego słowa, nie istniało.

A teraz fragment utworu, który można by nazwać – czy ja wiem? Prototypem operetki? Musicalu? Śpiewana opowieść o pasterce Marion, która odrzuca zaloty rycerza i pozostaje wierna swojemu Robinowi. Tekst z XIII wieku, francuskiego truwera Adama de Halle. Wykonuje włoski zespół Micrologus, już od ćwierćwiecza jeden z najlepszych w tej branży. Muzycy z Micrologusa noszą stroje współczesne, lecz na scenie zachowują się jak taki prawdziwie średniowieczny, wędrowny zespół grajków, którzy byli również tancerzami, a w razie potrzeby – aktorami.


Micrologus nie raz już przyjeżdżał do Polski. Tutaj całkiem świeży filmik z festiwalu Pieśń Naszych Korzeni w Jarosławiu, w sierpniu tego roku.

Trzy dziewczyny śpiewają a cappella. Mimo rześkiej, porywającej melodii, jest to pieśń religijna, i do tego śpiewana w Wielkim Tygodniu. Coś jak nasze Gorzkie żale. Ale powstała we Włoszech, a konkretnie na Sardynii, więc ten południowy temperament wyraźnie się w niej ujawnia.

To jest właściwie pieśń ludowa. Muzyka średniowieczna, wbrew temu, czego można by się spodziewać, ma z ludową niewiele wspólnego, jest znacznie bardziej złożona, żeby nie powiedzieć – wyszukana. Jednak niektóre pieśni ludowe mogą sięgać korzeniami czasów bardzo odległych, a do tego pewne instrumenty średniowieczne, później zapomniane, przetrwały w muzyce ludu. I teraz wiele zespołów chętnie uzupełnia swój repertuar takimi utworami, często śpiewanymi od kilkuset lat, w formie prawie nie zmienionej.

 

No i właśnie za to lubię tę muzykę. Za autentyczność. Za piękne, a w każdym razie ciekawe głosy. To jest prawdziwy sprawdzian dla śpiewaków. W nagraniach studyjnych można brzmienie trochę podrasować, ale przy występach na żywo takich możliwości nie ma. Pozostają tylko głosy i instrumenty, czyli forma najbardziej pierwotna.

Oczywiście, że te zespoły, nawet najbardziej profesjonalne, mogą liczyć najwyżej na promile tej popularności, jaką cieszą się rozmaite gwiazdy popu. Ale mają wiernych słuchaczy. Niedawno na stronie internetowej pewien fan zarzucał swoim ulubieńcom, że na koncercie korzystali ze wzmacniaczy. Grajkowie tłumaczyli się, że na otwartej scenie, kiedy słucha ich około tysiąca osób, inaczej się nie da. I że zapraszają na swoje tournée klubowe, kiedy będą grać w małych salach, całkowicie bez żadnych technicznych udogodnień. Żeby było tak średniowiecznie i autentycznie, jak to w ogóle możliwe.

Rubia

Turystyka kwalifikowana, czyli o podróżach w głąb średniowiecza

Festival Mediaval w Selb we Frankonii – kram z sukniami

Sezon niedługo się kończy, ale jeszcze kilka imprez przed nimi. Jeszcze można ich spotkać: barwnych, dziwnie ubranych i trochę egzotycznych. Najczęściej tam, gdzie na jakimś malowniczym ryneczku albo pod murami solidnego zamczyska słychać dźwięki lutni, cytry  czy też innej fidel, kramarze zaś proponują kupno łuku, skórzanego kubraka, a nawet zbroi płytowej. Nie trzeba od razu kupować całej, na początek wystarczy sam hełm.

Miłośnicy średniowiecza.

Zawsze mnie zastanawiało, czego ludzie szukają w odległej przeszłości. Do tego aktywnie, nie poprzez lektury. Wiadomo, że czytanie książek jest najprostszym sposobem podróżowania i w czasie, i w przestrzeni. Można wówczas doświadczyć czegoś, czego nigdy nie dałoby się przeżyć osobiście. A im czytanie jednak nie wystarcza i próbują wejść w ten czas dawno miniony. Ubierają się we własnoręcznie szytą odzież z materiałów, jakie noszono 800-500 lat temu. Bawełna wykluczona, a w każdym razie niestylowa, powodzeniem cieszą się len i wełna, czasem jedwab. Pożądane są skóry, a w wersji zimowej i uroczystej nawet futra.

Zrzeszeni są w bractwach, kompaniach, drużynach i  konfraterniach; czasem mają stałe siedziby. Czasem, żeby je mieć, potrafią zaangażować się w renowację średniowiecznego zamku.

Nie gardzą całkowicie nowoczesnością. Mają swoje portale – w Polsce największym jest FREHA, czyli Forum Rekreacji Historycznych, nie ograniczające się zresztą do średniowiecza. Wątków i tematów – zatrzęsienie. Od własnoręcznego wędzenia kiełbasy po naukę XV-wiecznych tańców dworskich. I pytania: jak stroić cytrę? Jakie barwniki naturalne są najlepsze do farbowania wełny? Gdzie się nauczyć kowalstwa? I dyskusje nad bigosem: czy może go jeść rycerz po bitwie pod Grunwaldem? Czy aby na pewno hodowano wówczas kapustę?

Jest to oczywiście hobby – nie sposób żyć na co dzień w warunkach przypominających średniowiecze (chyba żeby latem, gdzieś w chacie za wsią, ze studnią i sławojką. Mimo wszystko, zimę przy świeczkach trudno jednak sobie wyobrazić) – ale hobby bardzo angażujące. Do tego zgodne z coraz śmielej formułowanym postulatem życia powolnego. Bo rzeczywiście: nie wspomnę już o własnoręcznym splataniu kolczugi, lecz uszycie choćby prostej sukienki – w ręku! – jest niebagatelnym ćwiczeniem i precyzji, i skupienia, i cierpliwości. Ci, którzy nie mają dość czasu albo odpowiednich warunków, mogą zaopatrywać się w sklepach. Przydatnych zwłaszcza dla męskiej połowy fanów średniowiecza, gdyż nie każdy jest w stanie wykuć własny miecz. Ale, jak to zwykle bywa, już i tutaj wkraczają zastępniki: a to wyroby maszynowe, a to ciuchy z wiskozy i poliestru, dla rasowego średniowiecznika nie do przyjęcia. Pozostaje więc albo uważna selekcja, albo – jednak własne ręce.

Kryje się w tym dużo autentycznej pasji i chęci nie tylko poznania, ale wręcz ożywienia przeszłości. Czasem prowadzi to do efektów zaskakujących, jak choćby w przypadku Galindii – osady w Puszczy Piskiej, na terenach zamieszkiwanych niegdyś przez pruskie plemię Galindów. Wybudowana rękami zapaleńców, jako pomysł rodzinny, przyciąga teraz turystów, którym oferuje, poza zwyczajowymi atrakcjami agroturystyki, także udział w obrzędach praktykowanych niegdyś przez Prusów. Ponieważ o historycznych Galindach wiadomo niewiele, jest w tym niemała dawka fantazji, zaś samo przedsięwzięcie wyraźnie się skomercjalizowało, lecz odwiedzającym, nastawionym na rozrywkę, bynajmniej to nie przeszkadza.

Zdecydowanie bardziej rekonstrukcyjny charakter ma średniowieczna osada na wyspie Wolin, wzniesiona i zarządzana przez Stowarzyszenie Centrum Słowian i Wikingów. Znacznie więcej tu wierności wobec historycznych realiów, a imprezy organizowane przez cały rok – święto powitania wiosny, noc świętojańska, miodobranie, dożynki, warsztaty garncarskie – dostosowane są do rytmu pracy i świąt przed tysiącem lat.

Najczęściej jednak miłośnicy średniowiecza spotykają się na festiwalach. Jest ich wiele w całej Europie, od krótkich, weekendowych imprez, jak trwający właśnie IV Festiwal Średniowieczny w Raciborzu, aż po czterotygodniowy, lipcowo-sierpniowy festiwal w Obidos w Portugalii, gdzie wybija się nawet specjalne monety, którymi można płacić w festiwalowych kramach i karczmach. Są na takich spotkaniach występy zespołów grających muzykę z epoki, są zawody łucznicze, turnieje szermierki, pokazy i warsztaty rzemieślnicze. Czasem się tam średniowiecze miesza z folkiem, zwłaszcza w muzyce i strojach, albo z  tendencjami eko i natural, zwłaszcza w kulinariach. Niemcy chętnie sobie z tego żartują – z tej średniowiecznej kiełbasy i takiegoż piwa, oferowanych na niezliczonych średniowiecznych jarmarkach, jakie co roku się odbywają w niemieckich miastach. W sumie jest to jednak bodziec do przypomnienia rozmaitych dawnych technik rękodzielniczych i tradycyjnych sposobów wytwarzania żywności, czyli, przy całym ukierunkowaniu na przeszłość, postawa bardzo trendy.

Festival Mediaval w Selb we Frankonii – obozowisko

Ciekawe, że idea festiwali średniowiecznych przekroczyła granice Europy i dotarła na tereny, gdzie średniowiecza – w naszym rozumieniu tego słowa – nigdy nie było.  Można je spotkać  na przykład w Kanadzie i w Meksyku (w USA wolą raczej festiwale renesansowe). Najbardziej odległym festiwalowym miastem, jakie mi się udało zlokalizować, jest Brisbane w Australii, chociaż żaden średniowieczny żeglarz nie miał szansy, żeby tam dotrzeć…

Najbardziej widowiskową formą średniowiecznych spektakli są turnieje rycerskie. Dla uczestników – hobby bardzo kosztowne i czasem niebezpieczne, dla obserwatorów – sama przyjemność oglądania. W Polsce chyba największy, a na pewno najstarszy, jest turniej na zamku w Golubiu-Dobrzyniu.  W tym roku odbył się już po raz 36. W Europie największą imprezą jest turniej w Kaltenbergu w Bawarii, pod patronatem księcia Luitpolda Wittelsbacha, odbywający się co roku, przez trzy kolejne weekendy lipca. Pokazy i parady, walki rycerzy pieszych i konnych, odbieranie nagród z rąk pięknych dam. Dworsko, efektownie i z szumem proporców. Podrzucam filmik z oficjalnym hymnem tego turnieju, z tekstem zaczerpniętym zresztą ze słynnego rękopisu Carmina burana.

Na pewno jest w tym chęć wejścia w świat baśniowy, świat rycerskich przygód, szlachetnego współzawodnictwa, dworskich obyczajów. Taka podróż w czasie, kiedy to średniowiecze prezentuje się od swojej najbardziej atrakcyjnej strony, bez tych wszystkich okropieństw, jakie zwyczajowo, choć niesłusznie, przypisuje się tej epoce. I czy można dziwić się ludziom, którym doskwiera pośpiech i gorączka dnia dzisiejszego, że szukają dla siebie takiej enklawy?

Rubia