estetycznie, indywidualnie…

Archive for the ‘minimalizm’ Category

Długie życie rzeczy, czyli o kupowaniu używanych

 

Kiedy kończył się nasz pobyt w Niemczech, zastanawialiśmy się nad kupnem samochodu, gdyż stary już się rozsypywał. No i pojawiło się pytanie: nowy, czy używany? Któregoś dnia mąż po powrocie z pracy powiedział:
– Wiesz, zgadało się z szefem o samochodach. On jeździ siedemnastoletnim oplem. I nigdy w życiu nie kupił sobie nowego samochodu.
No tak, szef. Był profesorem i kierownikiem zakładu w dużym instytucie badawczym. Można powiedzieć, że na biednego nie trafiło. Do tego nie był jakimś patologicznym skąpcem. Żeglował, dużo podróżował, oboje z żoną chodzili do opery, na koncerty… A na nowy samochód żal mu było pieniędzy.
To właśnie w Niemczech stanęłam oko w oko z problemem kupowania rzeczy używanych. Wynajęliśmy mieszkanie nie umeblowane. Część mebli mąż pożyczył z instytutu (mieli tam wypożyczalnię dla osób, które przyjeżdżają na czas zbyt długi, by mieszkać w hotelach), część musieliśmy dokupić – tanio, bo nie zamierzaliśmy zabierać ich potem do Polski.
Właśnie wtedy zapoznałam się z wielkimi magazynami, gdzie sprzedawano meble, których pozbyli się poprzedni właściciele.

Czytaj więcej »

Reklamy

Z książką przed szafą

 Miałam na studiach kostiumologię i nawet zdawałam z niej egzamin. Od tej pory żyję z takim miłym przekonaniem, że moda to sprawa poważna, a zajmowanie się nią wcale nie świadczy, że mamy pstro w głowach. Skądże znowu, nawet doktorat można z tego zrobić. Nie mam, co prawda, takiego zamiaru i zdecydowanie bardziej wolę się w ciuchy ubierać, niż o nich pisać. Na półkach w księgarniach nie brakuje jednak, oprócz książek poświęconych historii ubiorów i stylów, również najrozmaitszych poradników typu Co na siebie włożyć, żeby wyglądać na kobietę sukcesu. Ich popularność wskazuje, że  kobiety potrzebują w sprawach mody nie tylko rady mamy, przyjaciółki, ekspedientki w sklepie, oraz reklam i migawek z wybiegów, lecz również odrobiny wiedzy bardziej usystematyzowanej, takiej, która nie przeminie wraz z  top ten szmatek ostatniego sezonu.

Tutaj właśnie przydają się książki, jeśli nie są wyłącznie broszurami reklamowymi jakichś mniej lub bardziej znanych marek.

Książki, owszem, pomogły mi opanować chaos w szafie. Dlatego przy porządkach bibliotecznych postanowiłam nie oddawać do antykwariatu wszystkiego, co z tej dziedziny zdążyłam zgromadzić, lecz zachowałam to i owo.

Akurat nie zajmują mnie zbytnio problemy mojej sylwetki. Szerokie ramiona, wąskie biodra, a zatem brak wcięcia w talii – cóż, taki typ raczej chłopięcy, do którego nie pasują fasony podkreślające talię właśnie. Trudno podkreślać coś, czego nie ma. Własną figurę dobrze jest znać, żeby wybierać odpowiednie fasony, lecz jest to taka wiedza, która, raz opanowana, starcza na długo. Najważniejsze cechy sylwetki, ujawniające się w proporcjach ciała, nie zmieniają się bowiem przez całe  dziesięciolecia, nawet przy wahaniach wagi: kilka kilogramów mniej czy więcej prowadzi do zmiany rozmiaru, lecz nie podstawowego typu.

Dlatego też w moim – zresztą prawdziwie minimalnym, po radykalnym odchudzeniu biblioteki – zbiorku poradników najważniejsze miejsce zajmuje książka poświęcona zasadniczo zupełnie innej kwestii. Jest to Carole Jackson Najładniej ci w kolorze…  Wydana przez Twój Styl w roku 1994, a zatem już nie najmłodsza, lecz ciągle aktualna.

Kolor to prawdziwy czarodziej. Ogrzeje, ochłodzi, wyszczupli, wtopi w tłum, wyrwie z tłumu, doda skórze blasku, a włosom wyrazistości. Ubrania źle dobrane kolorystycznie mogą jednak odebrać ich właścicielce sporą część urody. Umiejętność łączenia barw to niebagatelna wiedza, a właściwie nigdzie jej nie uczą.

Można, oczywiście, pozostać przy takiej prawdziwie minimalistycznej gamie: czerń – biel – szarość – beż. Ma to, owszem, swoje zalety, lecz szarość szarości nierówna, a czerń nie każdemu pasuje. Beż ma wiele odcieni, niektóre są miłe i delikatne, ale… Jak stwierdziła moja babcia, widząc pewną damę ubraną w cielisty beż: a w tym, to wygląda jak śmierć na chorągwi.

No właśnie. Nawet te pozornie niekłopotliwe kolory trzeba umieć dopasować do siebie.

Carole Jackson bazuje na bardzo popularnym podziale typów urody na cztery pory roku. Wiosna, Lato, Jesień, Zima  – podział może wydawać się zbyt prosty, jeśli pomyślimy, jak bardzo różnią się kobiety między sobą, lecz w odniesieniu do kolorów ma swój sens. Wyodrębnienie barw ciepłych i zimnych oraz intensywnych i delikatnych odpowiada temu, co wiedzą chociażby malarze, dla których badanie związków między kolorami stanowiło zawsze ważną część warsztatu zawodowego.

Rozpoznanie, a potem trzymanie się własnej gamy barwnej oszczędza stresu i minimalizuje ryzyko nieudanych zakupów – kolory pasują wówczas nie tylko do naszej karnacji, lecz również do siebie. Ja zresztą nie wykorzystuję pełnego zestawu kolorów mojego typu, czyli Lata, ograniczyłam je do kilku, właśnie po to, by nie zastanawiać się długo, co z czym połączyć. Ogólnie dobrze na tym wychodzę. Na zimę trochę czerni i ciemny, grafitowy szary, do tego biel, trochę jasnej szarości , a jako mocne akcenty – kobaltowy niebieski i ciemna, winna czerwień. Latem w ogóle mogłabym nie nosić czerwieni, ale zimą – po prostu muszę, gdyż inaczej bym zamarzła. Za to latem noszę przeważnie różne odcienie niebieskiego, także te intensywne, jak szafir, do tego biel, również kremową, trochę granatu, a ostatnio również turkusu – dużo go było w sklepach, a z innymi moimi kolorami dobrze się łączy.

Książka Carole Jackson mówi nie tylko o kolorach, lecz i o innych sprawach: typach sylwetek, stylach ubiorów, zasadach ubierania się do pracy, na weekend, o dobieraniu dodatków… Bardzo ciekawie opisuje też zestawy ubrań: zestaw podstawowy, zwany tu żelaznym, obejmuje jedynie 15 ciuchów, łącznie z wieczorową sukienką i płaszczem! (No, jednak bez bielizny). Minimalizm w pełni rozwinięty, a jakże.

Jedynym mankamentem tej książki są zdjęcia: wyszły w druku przyżółcone, tak, że chłodne i bladoróżowe Lata i Zimy szczycą się złocistą karnacją i trudno je odróżnić od ciepłych Wiosen i Jesieni. To jednak już nie wina autorki.

Drugą książką jest Moja czarodziejska szafa, dwojga autorów niemieckich: Claudii Piras i Bernharda Roetzela, wydana w roku 2004. Przyznam, że w tej dziedzinie, podobnie zresztą jak w innych, wolę poradniki pisane przez autorów pochodzących z Europy. Amerykanie mają inne podejście do stroju, znacznie bardziej swobodne i rada amerykańskiej stylistki, by pani po pięćdziesiątce zakładała do pracy kostium jasnoróżowy albo cytrynowożółty, niekoniecznie spotka się u nas ze zrozumieniem. Pomijam fakt, że w Polsce w ogóle mało jest pań, którym byłoby dobrze w cytrynowożółtym na jakimkolwiek etapie ich życia.

Moja czarodziejska szafa bardzo mi pomaga w doprowadzaniu zawartości tego mebla do stanu optymalnego. Sporo tam wskazówek praktycznych, niby prostych, ale często niedocenianych. Chociażby: zanim kupisz ciuch, sprawdź, jak jest uszyty. Obejrzyj podszewkę, szwy i wykończenia, to wszystko świadczy o jakości ubrania. Jeśli chcesz kupić torebkę skórzaną, to zastanów się, dlaczego ta, którą ci właśnie pokazują, nie pachnie skórą, lecz plastikiem. Jeśli jesteś niezdecydowana, to nie pytaj ekspedientek o zdanie, bo im zależy na tym, żeby ciuch sprzedać, a nie na tym, żebyś dobrze wyglądała.

Są tam również porady jak pakować walizkę, jak prasować, a nawet, jak czyścić i prać. No i znowu – osobne rozdziały dotyczące kompletowania zestawów, dobierania dodatków, a nawet biżuterii. Roetzel jest zawodowym projektantem ubrań, więc przemyca sporo informacji o stylach, trendach, o różnych ponadczasowych evergreenach, a przy omawianiu kolejnych części garderoby – spódnic, spodni, sukienek czy płaszczy – pisze o wadach i zaletach różnych modeli. Sporo uwagi poświęca butom. No i stawia na jakość, zwłaszcza w doborze dodatków.

Obie te książki podobają mi się przede wszystkim dlatego, że są takie… zdroworozsądkowe. Nie przekonują każdej czytelniczki, że jest piękna i wspaniała niezależnie od okoliczności. Biorą pod uwagę takie czynniki jak wzrost, wiek, waga i zasobność portfela. Do tego, tekstu jest w nich znacznie więcej, niż obrazków. Co dla mnie jest dodatkową zaletą. Bo miło jest obejrzeć ładne fotografie, lecz w praktyce wartość ma przede wszystkim treść zawarta w słowach.

Rubia

O księgozbiorze wcale nie minimalistycznie

Znam mieszkania wręcz wypchane książkami i ich właścicieli, którzy już sami się nie orientują, gdzie co mają, lecz nawet części książek się nie pozbędą, gdyż byłoby to poważne wykroczenie. Nie wiadomo dokładnie, przeciwko czemu, ale byłoby. Tak się nie robi, i już.

Nie robi się…

Owszem, książek mam dużo. A nawet jeszcze więcej, gdyż stałam się posiadaczką księgozbioru moich rodziców i mam teraz dużo dubletów. Mama, polonistka, a przy tym nauczycielka, dbała, żeby na domowych regałach nie brakowało klasyki, historii literatury, krytyki literackiej. Ojca pasjonowała historia II wojny światowej. A mnie nie. Mojego męża też nie bardzo. I tutaj zaczyna się problem. Nadmiaru, oczywiście.

Z dubletami sprawa prosta: zostawię te lepsze wydania. Zostawię przez wartość sentymentalną, bo czy naprawdę potrzebne mi 6 tomów Słowackiego w szarym płótnie ze złoceniami, tym bardziej, że jest jeszcze druga, skromniejsza edycja w dwóch tomach? Albo ośmiotomowe wydanie Prusa? (Z Sienkiewiczem, też obficie reprezentowanym, sprawa ma się inaczej – nawet Trylogia nie jest jednolitym kompletem, poszczególne części pochodzą z różnych wydań. Jakoś łatwiej się z nimi rozstać). Zostanie też kilka prac historycznoliterackich. Chrzanowski, Tarnowski, Krzyżanowski, czyli znowu klasyka. Z książek ojca również wybiorę kilka.

Nie jestem stworem  szczególnie przywiązanym do przeszłości i  nie gromadzę wspomnień zmagazynowanych w rzeczach. Do tego moja rodzina wszystko właściwie straciła w czasie wojny, a potem mozolnie odbudowywała swój byt. Nie mam żadnych pamiątek po pradziadkach, z czasów przedwojennych zachowało się tylko parę zdjęć. Tak więc się składa, że  te książki są ważnym elementem tradycji rodzinnej. Zwykłego, inteligenckiego domu, niespecjalnie nawet zamożnego, w którym jednak księgozbiór musiał być. Z bibliotek też się korzystało, lecz mieszkanie bez regałów z książkami było po prostu nie do wyobrażenia.

Pytanie, komu i po co taka tradycja?  Kto ją będzie podtrzymywał? Moi synowie czytaniem nie gardzą, lecz żadnego z nich nie widzę nad tym Słowackim.

Znowu to wszystko trzeba jakoś sensownie pogrupować, żeby wprowadzić podstawowy ład.

  1. Książki potrzebne mi ze względów zawodowych – tu nie ma wahań. W kilku językach, czasem kupowane za ciężkie pieniądze, kosztem rozmaitych wyrzeczeń. Niektóre są  zresztą bardzo atrakcyjne, pięknie wydane – prawdziwa ozdoba biblioteczki. Są i obszarpańce, wyszperane gdzieś w antykwariatach, gdyż w moim zawodzie czas starzenia się publikacji jest dosyć długi.
  2. Słownik językowe. Ostatnio coraz częściej korzystam z tych w Internecie. Niektóre są całkiem dobre. Mimo wszystko, waham się. Na pewno nie oddam słowników specjalistycznych.
  3. Książki fachowe z dziedzin innych, niż nasze zawody. Tu potrzebna ostra selekcja. Trudno, inaczej się nie da. Sporo prac z zakresu historii, antropologii, historii literatury… Metą będzie antykwariat naukowy.
  4. Książki popularne z różnych dziedzin. Yyy… kto by je chciał? Kulinaria, ogrodnictwo… Zostawię sobie kilka. Reszta trafi do sklepu charytatywnego. Oddaje się za darmo, w sklepie zaś sprzedają po bardzo niskich cenach. Niech tam. Może ktoś się ucieszy.
  5. Beletrystyka. Tutaj opcje są dwie: albo rzeczony sklep, albo kawiarnia blisko mojej pracy. Mam dwie takie w pobliżu, jedna nastawiona jest na literaturę podróżniczą i przewodniki, druga natomiast – właśnie na beletrystykę i rozmaite nowości. Ponieważ nieraz zdarzało mi się kupować te ostatnie bez głębszego namysłu, pozbędę się ich teraz bez większego żalu.

A poza tym – uwaga! – część książek sobie ODKUPIĘ. Są bowiem i takie, których bym się nigdy nie pozbyła, gdyby nie to, że się po prostu rozpadają. Wydawane były w niedobrych dla książek czasach, na złym papierze, klejone, a nie szyte i teraz przedstawiają sobą obraz nędzy i rozpaczy. Jane Austen, Stanisław Lem, Ursula Le Guin i inni autorzy wrócą na półki w nowych, lepszych edycjach. Szkoda mi pierwszych wydań, one zawsze miały, a właściwie powinny mieć,  wartość bibliofilską – ale co ja na to poradzę, że z pierwszego wydania Czarnoksiężnika z archipelagu czy Lewej ręki ciemności sypią się kartki?

Moje poczucie komfortu życiowego (nie mylić z luksusem) od razu wzrasta, kiedy biorę do ręki książkę dobrze wydaną, w twardej oprawie, z przyzwoitym grzbietem. Nie musi być płócienny ani skórkowy, cudów nie wymagam, lecz niech będzie trwały.  Jeżeli minimalizm ma ułatwiać prawidłowe rozpoznawanie własnych potrzeb, to ja rozpoznałam, zresztą już jakiś czas temu, że moją potrzebą jest ustawienie na półkach książek ŁADNYCH. A że to kosztuje? Trudno. Nie wydaję pieniędzy na dywany, firany, porcelanowe figuryny i elektroniczne gadżety, więc wydam je na te grzbiety i okładki.

Mam już listę takich książek. Okazuje się, że w księgarniach internetowych jest prawie wszystko, czego szukam, w bardzo przyzwoitych edycjach. Niestety, nie dotyczy to Le Guin. Szkoda, to przecież świetna autorka i jej książki naprawdę zasługują na coś więcej, niż klej i lakierowany karton z paskudnym rysunkiem.

Często korzystam z publikacji elektronicznych i wizja książki na ekranie wcale mnie nie przeraża. Dlatego mam w planie kupno tabletu. Raczej tabletu, niż czytnika, gdyż dla mnie liczą się również kolorowe fotografie. Wprawdzie są już jaskółki e-ink w kolorze, ale na razie czekam i czasem sprawdzam, co na rynku. Microsoft obiecuje tablet z Windows 8. To już byłoby coś, mógłby zastąpić netbooka.

Ale z netbookiem do wanny nie powędruję, więc książka na papierze swojej wartości nie straci. Poza tym, jednak należę do tej grupy czytelników, dla których książki w domu mają również walor emocjonalny. A z emocjami, jak wiadomo, trudno się rozstać.

Rubia

Wnętrze minimalistyczne, lecz nie surowe

Zaczęło się wówczas, kiedy nasz dom nie był jeszcze wykończony, ale czułam się już dumną posiadaczką trzydziestu metrów kwadratowych salonu. Zamiast podłogi mieliśmy beton, lecz wcale mi to nie przeszkadzało i zaczęłam salon urządzać. W wyobraźni. Urządzałam go, urządzałam, a wyobraźnia ciągle mi mówiła, że to nie tak, że nie będzie dobrze. Kiedy wreszcie się z nią dogadałam, sprawa okazała się banalnie prosta: upychałam tam zbyt wiele. Nawet nie mebli czy jakichś gadżetów, lecz kolorów, wzorów i form. Tapety, dywan, narzuty na kanapę i fotel, zasłony, firanki, poduszki…

Na pierwszy ogień (wirtualny) poszedł dywan: do dziś go nie mamy. Brzozowa mozaika całkowicie wystarcza. Potem pozbyłam się firan. Mogłam sobie na to pozwolić, okna salonu wychodzą na ogródek otoczony wysokim żywopłotem i nawet sąsiadów nie mamy od tej strony. Zamiast firan zawiesiłam wąskie koronkowe lambrekiny. Zasłony, owszem, są – w drobne paski, dość neutralne. Nie zafundowaliśmy sobie rolet ani żaluzji.

Narzuty – dwustronne, pikowane, w pastelowych kolorach, uszyła mi mama, niezastąpiona w robótkach i robotach ręcznych. Poduszki – z tego samego materiału, co zasłony.

A tapety? Neutralne, jednobarwne, wytłaczane we wzór tkaniny o grubym splocie.

W ten sposób wszystko się ze sobą zharmonizowało. Ciemne meble art deco nie mają żadnych ostrych kantów, kolory są łagodne i nie męczą wzroku.

Minimalistyczne mieszkanie nie musi być surowe. Jeśli ktoś lubi, może eksperymentować z betonem i stalą, czemu nie? Istnieją jednak znacznie bardziej przytulne warianty tej tendencji, dosyć bliskie  zresztą ideom Bauhausu. Żadnych ozdób, działanie formą prostą i nieagresywną.

Przypomniały mi się te moje zmagania, kiedy czytałam książkę Piotra Sarzyńskiego Wrzask w przestrzeni. Dlaczego w Polsce jest tak brzydko? Obserwacje autora dotyczą przede wszystkim architektury, tej publicznej i tej prywatnej, lecz nie tylko, gdyż związane są z szeroko rozumianym stylem życia Polaków w ciągu kilku ostatnich dekad. Trudno tutaj oczywiście o jakieś jednoznaczne wnioski w postaci prostej odpowiedzi na pytanie postawione w tytule. Wiele jednak wskazuje na to, że jedną z ważniejszych przyczyn owej powszechnej szpetoty jest nadmiar. Ozdobność czy też ozdóbkowatość połączona z brakiem funkcjonalności, przeładowanie, bogactwo rozumiane jako gromadzenie najrozmaitszych elementów bez troski o ich wzajemne dopasowanie. To widać i w bryłach budynków, i w ich wnętrzach,  w urządzeniu mieszkań prywatnych i na stołach w restauracji, gdyż nadmiar składników nie ominął również sfery kulinarnej. Dużo wszystkiego, obfitość bowiem jest oznaką – no właśnie, czego? Zamożności? Życiowego powodzenia? Poczucia bezpieczeństwa?  Pewnie każdej z tych cech po trochu i paru innych na dodatek.

Nie wiem, czy to jest nieuniknione zjawisko w społeczeństwie „na dorobku”. Podejrzewam, że gdzieś w tle kryje się także brak edukacji estetycznej. W Polsce, w życiu społecznym zawsze były tysiące spraw ważniejszych niż zajmowanie się estetyką przestrzeni publicznej. W prywatnej było lepiej, lecz częste straty całego dobytku, obejmujące kolejne pokolenia, a potem dziesięciolecia najrozmaitszych niedoborów  wywoływały poczucie niestabilności i powiązaną z nim skłonność do gromadzenia zapasów. Dlatego teraz mamy taki nadmiar, że aż oczy bolą.

Nie mam tutaj ochoty na wypisywanie peanów na cześć wzornictwa skandynawskiego czy podobnych zjawisk. Nie chodzi tu bowiem o ten czy inny styl, lecz o pewną zasadę generalną. Mniej znaczy więcej, również we wnętrzu. Maksymalny puryzm też jednak nie jest antidotum na wszystkie bolączki, gdyż może mu brakować ciepła i przytulności, tych podstawowych cech, które kojarzą się z domem. Przestrzeń użytkowa ma bowiem także swój wyraz emocjonalny i aspekt symboliczny. Dlatego harmonizować trzeba nie tyle samo wnętrze (o to stosunkowo najłatwiej), ile rozmaite poziomy jego odbioru.

A książka Sarzyńskiego warta jest przeczytania.  Niezły kawałek lektury z trafnymi obserwacjami obyczajowymi. Tylko lepiej nie czytać przed urlopem, bo może wyostrzyć wzrok i okaże się, że tam, gdzie jedziemy, a już zwłaszcza po drodze, wcale nie jest tak cudnie…

W co się przyodziać czyli o minimum ciuchów

   Ograniczyć garderobę własną do niezbędnego minimum – cel szczytny, lecz niełatwy. Szafy porządkuję dość regularnie, a mimo to… Wiadomo, nie warto pisać szczegółowo. W pewnym momencie, krążąc pomiędzy domem na wsi (który został wybrany na siedzibę całoroczną), a mieszkaniem w mieście (gdzie jednak zimą żyło się znacznie wygodniej) stwierdziłam, że już sama nie wiem, gdzie co mam, ani ile czego. Żeby więc nie wozić ze sobą ciuchów, zaczęłam je kupować, ze skutkiem oczywistym.

Teraz, kiedy mieszkanie w mieście zostanie wynajęte, a dobytek ruchomy przewieziony na wieś, problem nadmiaru garderoby pokazał się w całej jaskrawości. Przy okazji wyszło jednak na jaw, że nic nie wpływa tak dobrze na moją zdolność konstruktywnego myślenia, jak konieczność rzeczywistego opróżnienia szaf.  Stanęłam zatem przed lustrem i zaczęłam przymierzać. Jeśli cokolwiek się opinało, ciągnęło albo dopinało na wdechu, od razu wędrowało do wora. Tak samo było z rzeczami nazbyt do siebie podobnymi. Ile w końcu można mieć beżowych żakietów albo czarnych spódnic? Dla białych i ecru byłam jednak bardziej wyrozumiała.

Jeden wór oczywiście nie wystarczył. Początek jednak został zrobiony.

A potem naszły mnie wątpliwości. Dużo ich było, cały tłum.

Radykalni zwolennicy koncepcji 100 rzeczy (są dla mnie punktem odniesienia, gdyż ta setka pełni funkcję umownej granicy, a w takich działaniach zawsze jest dobrze wytyczyć sobie jakąś granicę) nie uwzględniają jednak paru okoliczności. Tego, na przykład, że w Polsce są cztery pory roku i za oknem może być zimno-sucho, zimno-mokro, ciepło-mokro albo upalnie-sucho. I jakoś do tego trzeba się dostosować. Poza tym człowiek, a już zwłaszcza kobieta, która nie pracuje w domu jako wolny strzelec, lecz gdzieś do jakiejś pracy chodzi, musi nosić stroje przystające do zwyczajów środowiska. Jak to stwierdził pewien starszy pan, właściciel kancelarii adwokackiej, na widok młodej aplikantki, która latem przyszła do pracy w butach  z odsłoniętymi palcami: w negliżu, pani koleżanko, to na plażę…

No, chyba że nosi się mundur, kombinezon albo fartuch roboczy, lecz nie każdy ma takie szczęście.

A czasem też się gdzieś wychodzi – trzeba mieć zatem coś wyjściowego. No i urlopy również się trafiają, a wtedy ciuchy do pracy odpadają z definicji, a te domowe – raczej też.

W ten sposób garderoba została podzielona na tę do pracy – wiosenno-letnią i jesienno-zimową, a poza tym: domową (też się trochę różni sezonowo, ale nie tak bardzo), urlopową i wyjściową. Ten podział objął także ciuchy wierzchnie, buty i torebki. A potem zrobiłam spis rzeczy w każdej z tych kategorii. I od razu listę (na szczęście niedługą) ciuchów potrzebnych. Po wyniesieniu worków okazało się bowiem, że paru rzeczy jednak brakuje. Na przykład czarnych dżinsów – poprzednie straszliwie się już zeszmaciły. Poza tym, typową bolączką  przepełnionych szaf bywają pojedyncze sztuki, których nie ma do czego nosić. Mogą być same w sobie atrakcyjne, ale do innych nie pasują kolorem, fakturą albo stylem. Tutaj  oszacowałam, który z takich singli daje największe szanse, że jednak trafię na coś sensownego do pary.  Przy okazji pogrupowałam, co się dało, w zestawy. Spódnice i spodnie, do nich pasujące żakiety albo bluzki. Parę ciuchów na nowo ujawniło w tych zestawieniach swoją, trochę nieoczywistą, urodę. Nie ma to jak dobre towarzystwo.

Nadal tego wszystkiego sporo jest. Teraz jednak będą znikały tylko pojedyncze sztuki.

A tak na marginesie: świetną drogą do minimalizacji jest konsekwencja kolorystyczna. I to wcale nie na zasadzie białe – beżowe – szare – czarne. Świadome operowanie barwami, fakturami i wzorami daje mnóstwo możliwości przy całkiem niedużym zasobie ciuchów. Nie jest to jednak wpis o modzie, więc o tych zabawach może coś wrzucę innym razem.

Rubia

 

 

 

Minimalistyczna torebka czyli niezbędnik jak najbardziej osobisty

Program ograniczenia się do minimalnej ilości rzeczy zaczynam od siebie. I od przeglądu tego, co mi najbliższe. A wbrew znanemu porzekadłu, nie jest to koszula.

Nieoceniona Dominique Loreau, z którą często się nie zgadzam, w „Sztuce prostoty” cały rozdział poświęciła torebce. Nie, nie swojej, lecz TEJ JEDNEJ JEDYNEJ. Jedna torebka na wiele lat – oto jej ideał. Oczywiście, musi być doskonała, wysokiej jakości, funkcjonalna, a przy tym urodziwa – nie będę streszczać, tylko od razu się przyznam, że mam więcej, niż jedną. Trudno, nie będę przez okrągły rok paradowała z czarną torebką, noszoną również do jasnych, pastelowych ciuchów latem. Nie, i już.

A więc – minimum to dwie torebki. Mhm, mam więcej. I zero chęci do ich pozbywania się. Ładne są.

Ale zawartość takiej torebki – o, tu się przyda minimalistyczny rygoryzm. Zwłaszcza, że przez lata nosiłam torby – worki, torby – magazyny, torby – przenośne miejsca pracy, połączone z kawałkiem biblioteki. Dłużej nie będę, bo ramię mnie od tego boli, a kręgosłup się krzywi. Nowe torebki są więc rozmiaru średniego, chociaż format A4 się w nie mieści, tak na wszelki wypadek.

A zatem – co jest absolutnie konieczne w wyposażeniu tego niezbędnika, bez którego życie kobiety byłoby o wiele bardziej uciążliwe?

– dokumenty – to oczywiste. W twardych okładeczkach.

Mama, kierowana mądrością kobiet ciężko doświadczonych w środkach komunikacji publicznej, kładła mi do głowy, żeby ważnych rzeczy nigdy, ale to nigdy nie nosić razem. Bo jeśli ukradną… Tak więc i ja rozdzielam. Jedna karta kredytowa tam, gdzie dowód, druga w portfeliku z pieniędzmi i kartami mniej ważnymi – do empiku, na przykład. No właśnie, jest przecież

– portfelik. A potem – klucze. Bez tego, ani rusz.

Dalej zaczynają się rzeczy może już niekonieczne, lecz potrzebne. Spośród nich na pierwszym miejscu stawiam

– małą kosmetyczkę. Naprawdę małą, z cienkiej skóry, kupioną kiedyś w Holandii. Mieści się w niej podstawowy zestaw przyborów: malutkie cążki, pilnik, nożyczki, pęseta, parę kosmetyków, kartonik ibupromu… A, i sznureczek małych pereł, oprawionych w srebrny drucik. Tak, na szyję.

Kobieta pracująca musi mieć przy sobie coś do pisania, czyli – pióro wieczne w etui. Druga część etui znakomicie nadaje się na – pendrive z materiałami potrzebnymi w pracy. Do pisania służy również – mały notatnik. Na szczęście, mam jeszcze zapas świetnych notatników kupowanych we Włoszech, tamtejszej firmy cartilia. Kołonotatniczki różnego formatu, z pięknie zaprojektowanymi okładkami w twardej, półprzezroczystej obwolucie. Niezniszczalne.

Pióro może zawieść, więc na wszelki wypadek w torebce znalazły się jeszcze – długopis + ołówek. Rozmiarów minimalnych,  drewniane z paroma elementami metalowymi, japońskie Muji. W śmiesznym mini-piórniczku z grubego, czarnego płótna, też Muji. Przy okazji trafił tam – drugi pendrive, z tekstami prywatnymi. Nie zawsze go zabieram, ale czasem muszę.

Do tego jeszcze – kalendarzyk. Mały! Podobnie jak notes, też w twardych, plastykowych okładkach. Okazuje się, że taki miniaturowy całkowicie wystarcza. Duży, solidny, formatu książkowego, z rozmaitymi zapiskami, trzymam w domu.

Teraz pora na trochę elektroniki, czyli:

– telefon. Czasem w torebce, częściej w kieszeni. Model z klapką, więc bez żadnych gadżetów chroniących klawiaturę.  Sam się chroni.

– odtwarzacz mp4 ze słuchawkami. Oczywiście, w etui. Trudno, taki mam gust, że czasami slucham.

Najwięcej miejsca w torebce zajmuje – spora, płaska kosmetyczka, z takich zapinanych na suwak. W niej można znaleźć

– grzebień. Za duży, żeby trafił do tej malutkiej.

– chusteczki higieniczne.

– scyzoryk. Bez komentarzy.

– małą zwijaną miarkę, długości 1m.

– kluczyki do samochodu. Nie prowadzę, ale przydają się, jeśli wyjeżdżamy z mężem.

– listy zakupów. Sama zrobiłam dla nich okładki – mini teczkę z plastiku. To wygodniejsze, niż upychanie rozmaitych karteluszków, gdzie się da.

Czasami w tej dużej kosmetyczce ląduje także – ładowarka do telefonu. Natomiast z głębin torebki wyciągnąć też można etui z

– zapasowymi okularami. Czasem się przydają.

No i to właściwie wszystko, z kompletu podstawowego. Czy mogłoby być tego mniej? Pewnie tak, ale dylematy, czy zrezygnować z ołówka do brwi, czy ze szminki, byłyby jednak nie na miejscu.

Generalnie, uwielbiam torebki z dużą ilością przegródek, kieszeni czy skrytek. Żadna nie pozostaje niewykorzystana. Takie pakowanie w kosmetyczki i etui ma jednak tę zaletę, że przepakowywanie się z jednej torebki do innej to kwestia paru chwil. Do tego, można zaoszczędzić sobie stresu, a w końcu to się we wszystkich tych łamigłówkach liczy najbardziej.

Aha, w tym niezbędniku jak najbardziej osobistym znalazł się również kawałek lawy z Etny.

Rubia