estetycznie, indywidualnie…

Posts tagged ‘minimalizm’

Wnętrze minimalistyczne, lecz nie surowe

Zaczęło się wówczas, kiedy nasz dom nie był jeszcze wykończony, ale czułam się już dumną posiadaczką trzydziestu metrów kwadratowych salonu. Zamiast podłogi mieliśmy beton, lecz wcale mi to nie przeszkadzało i zaczęłam salon urządzać. W wyobraźni. Urządzałam go, urządzałam, a wyobraźnia ciągle mi mówiła, że to nie tak, że nie będzie dobrze. Kiedy wreszcie się z nią dogadałam, sprawa okazała się banalnie prosta: upychałam tam zbyt wiele. Nawet nie mebli czy jakichś gadżetów, lecz kolorów, wzorów i form. Tapety, dywan, narzuty na kanapę i fotel, zasłony, firanki, poduszki…

Na pierwszy ogień (wirtualny) poszedł dywan: do dziś go nie mamy. Brzozowa mozaika całkowicie wystarcza. Potem pozbyłam się firan. Mogłam sobie na to pozwolić, okna salonu wychodzą na ogródek otoczony wysokim żywopłotem i nawet sąsiadów nie mamy od tej strony. Zamiast firan zawiesiłam wąskie koronkowe lambrekiny. Zasłony, owszem, są – w drobne paski, dość neutralne. Nie zafundowaliśmy sobie rolet ani żaluzji.

Narzuty – dwustronne, pikowane, w pastelowych kolorach, uszyła mi mama, niezastąpiona w robótkach i robotach ręcznych. Poduszki – z tego samego materiału, co zasłony.

A tapety? Neutralne, jednobarwne, wytłaczane we wzór tkaniny o grubym splocie.

W ten sposób wszystko się ze sobą zharmonizowało. Ciemne meble art deco nie mają żadnych ostrych kantów, kolory są łagodne i nie męczą wzroku.

Minimalistyczne mieszkanie nie musi być surowe. Jeśli ktoś lubi, może eksperymentować z betonem i stalą, czemu nie? Istnieją jednak znacznie bardziej przytulne warianty tej tendencji, dosyć bliskie  zresztą ideom Bauhausu. Żadnych ozdób, działanie formą prostą i nieagresywną.

Przypomniały mi się te moje zmagania, kiedy czytałam książkę Piotra Sarzyńskiego Wrzask w przestrzeni. Dlaczego w Polsce jest tak brzydko? Obserwacje autora dotyczą przede wszystkim architektury, tej publicznej i tej prywatnej, lecz nie tylko, gdyż związane są z szeroko rozumianym stylem życia Polaków w ciągu kilku ostatnich dekad. Trudno tutaj oczywiście o jakieś jednoznaczne wnioski w postaci prostej odpowiedzi na pytanie postawione w tytule. Wiele jednak wskazuje na to, że jedną z ważniejszych przyczyn owej powszechnej szpetoty jest nadmiar. Ozdobność czy też ozdóbkowatość połączona z brakiem funkcjonalności, przeładowanie, bogactwo rozumiane jako gromadzenie najrozmaitszych elementów bez troski o ich wzajemne dopasowanie. To widać i w bryłach budynków, i w ich wnętrzach,  w urządzeniu mieszkań prywatnych i na stołach w restauracji, gdyż nadmiar składników nie ominął również sfery kulinarnej. Dużo wszystkiego, obfitość bowiem jest oznaką – no właśnie, czego? Zamożności? Życiowego powodzenia? Poczucia bezpieczeństwa?  Pewnie każdej z tych cech po trochu i paru innych na dodatek.

Nie wiem, czy to jest nieuniknione zjawisko w społeczeństwie „na dorobku”. Podejrzewam, że gdzieś w tle kryje się także brak edukacji estetycznej. W Polsce, w życiu społecznym zawsze były tysiące spraw ważniejszych niż zajmowanie się estetyką przestrzeni publicznej. W prywatnej było lepiej, lecz częste straty całego dobytku, obejmujące kolejne pokolenia, a potem dziesięciolecia najrozmaitszych niedoborów  wywoływały poczucie niestabilności i powiązaną z nim skłonność do gromadzenia zapasów. Dlatego teraz mamy taki nadmiar, że aż oczy bolą.

Nie mam tutaj ochoty na wypisywanie peanów na cześć wzornictwa skandynawskiego czy podobnych zjawisk. Nie chodzi tu bowiem o ten czy inny styl, lecz o pewną zasadę generalną. Mniej znaczy więcej, również we wnętrzu. Maksymalny puryzm też jednak nie jest antidotum na wszystkie bolączki, gdyż może mu brakować ciepła i przytulności, tych podstawowych cech, które kojarzą się z domem. Przestrzeń użytkowa ma bowiem także swój wyraz emocjonalny i aspekt symboliczny. Dlatego harmonizować trzeba nie tyle samo wnętrze (o to stosunkowo najłatwiej), ile rozmaite poziomy jego odbioru.

A książka Sarzyńskiego warta jest przeczytania.  Niezły kawałek lektury z trafnymi obserwacjami obyczajowymi. Tylko lepiej nie czytać przed urlopem, bo może wyostrzyć wzrok i okaże się, że tam, gdzie jedziemy, a już zwłaszcza po drodze, wcale nie jest tak cudnie…

W co się przyodziać czyli o minimum ciuchów

   Ograniczyć garderobę własną do niezbędnego minimum – cel szczytny, lecz niełatwy. Szafy porządkuję dość regularnie, a mimo to… Wiadomo, nie warto pisać szczegółowo. W pewnym momencie, krążąc pomiędzy domem na wsi (który został wybrany na siedzibę całoroczną), a mieszkaniem w mieście (gdzie jednak zimą żyło się znacznie wygodniej) stwierdziłam, że już sama nie wiem, gdzie co mam, ani ile czego. Żeby więc nie wozić ze sobą ciuchów, zaczęłam je kupować, ze skutkiem oczywistym.

Teraz, kiedy mieszkanie w mieście zostanie wynajęte, a dobytek ruchomy przewieziony na wieś, problem nadmiaru garderoby pokazał się w całej jaskrawości. Przy okazji wyszło jednak na jaw, że nic nie wpływa tak dobrze na moją zdolność konstruktywnego myślenia, jak konieczność rzeczywistego opróżnienia szaf.  Stanęłam zatem przed lustrem i zaczęłam przymierzać. Jeśli cokolwiek się opinało, ciągnęło albo dopinało na wdechu, od razu wędrowało do wora. Tak samo było z rzeczami nazbyt do siebie podobnymi. Ile w końcu można mieć beżowych żakietów albo czarnych spódnic? Dla białych i ecru byłam jednak bardziej wyrozumiała.

Jeden wór oczywiście nie wystarczył. Początek jednak został zrobiony.

A potem naszły mnie wątpliwości. Dużo ich było, cały tłum.

Radykalni zwolennicy koncepcji 100 rzeczy (są dla mnie punktem odniesienia, gdyż ta setka pełni funkcję umownej granicy, a w takich działaniach zawsze jest dobrze wytyczyć sobie jakąś granicę) nie uwzględniają jednak paru okoliczności. Tego, na przykład, że w Polsce są cztery pory roku i za oknem może być zimno-sucho, zimno-mokro, ciepło-mokro albo upalnie-sucho. I jakoś do tego trzeba się dostosować. Poza tym człowiek, a już zwłaszcza kobieta, która nie pracuje w domu jako wolny strzelec, lecz gdzieś do jakiejś pracy chodzi, musi nosić stroje przystające do zwyczajów środowiska. Jak to stwierdził pewien starszy pan, właściciel kancelarii adwokackiej, na widok młodej aplikantki, która latem przyszła do pracy w butach  z odsłoniętymi palcami: w negliżu, pani koleżanko, to na plażę…

No, chyba że nosi się mundur, kombinezon albo fartuch roboczy, lecz nie każdy ma takie szczęście.

A czasem też się gdzieś wychodzi – trzeba mieć zatem coś wyjściowego. No i urlopy również się trafiają, a wtedy ciuchy do pracy odpadają z definicji, a te domowe – raczej też.

W ten sposób garderoba została podzielona na tę do pracy – wiosenno-letnią i jesienno-zimową, a poza tym: domową (też się trochę różni sezonowo, ale nie tak bardzo), urlopową i wyjściową. Ten podział objął także ciuchy wierzchnie, buty i torebki. A potem zrobiłam spis rzeczy w każdej z tych kategorii. I od razu listę (na szczęście niedługą) ciuchów potrzebnych. Po wyniesieniu worków okazało się bowiem, że paru rzeczy jednak brakuje. Na przykład czarnych dżinsów – poprzednie straszliwie się już zeszmaciły. Poza tym, typową bolączką  przepełnionych szaf bywają pojedyncze sztuki, których nie ma do czego nosić. Mogą być same w sobie atrakcyjne, ale do innych nie pasują kolorem, fakturą albo stylem. Tutaj  oszacowałam, który z takich singli daje największe szanse, że jednak trafię na coś sensownego do pary.  Przy okazji pogrupowałam, co się dało, w zestawy. Spódnice i spodnie, do nich pasujące żakiety albo bluzki. Parę ciuchów na nowo ujawniło w tych zestawieniach swoją, trochę nieoczywistą, urodę. Nie ma to jak dobre towarzystwo.

Nadal tego wszystkiego sporo jest. Teraz jednak będą znikały tylko pojedyncze sztuki.

A tak na marginesie: świetną drogą do minimalizacji jest konsekwencja kolorystyczna. I to wcale nie na zasadzie białe – beżowe – szare – czarne. Świadome operowanie barwami, fakturami i wzorami daje mnóstwo możliwości przy całkiem niedużym zasobie ciuchów. Nie jest to jednak wpis o modzie, więc o tych zabawach może coś wrzucę innym razem.

Rubia

 

 

 

Minimalistyczna torebka czyli niezbędnik jak najbardziej osobisty

Program ograniczenia się do minimalnej ilości rzeczy zaczynam od siebie. I od przeglądu tego, co mi najbliższe. A wbrew znanemu porzekadłu, nie jest to koszula.

Nieoceniona Dominique Loreau, z którą często się nie zgadzam, w „Sztuce prostoty” cały rozdział poświęciła torebce. Nie, nie swojej, lecz TEJ JEDNEJ JEDYNEJ. Jedna torebka na wiele lat – oto jej ideał. Oczywiście, musi być doskonała, wysokiej jakości, funkcjonalna, a przy tym urodziwa – nie będę streszczać, tylko od razu się przyznam, że mam więcej, niż jedną. Trudno, nie będę przez okrągły rok paradowała z czarną torebką, noszoną również do jasnych, pastelowych ciuchów latem. Nie, i już.

A więc – minimum to dwie torebki. Mhm, mam więcej. I zero chęci do ich pozbywania się. Ładne są.

Ale zawartość takiej torebki – o, tu się przyda minimalistyczny rygoryzm. Zwłaszcza, że przez lata nosiłam torby – worki, torby – magazyny, torby – przenośne miejsca pracy, połączone z kawałkiem biblioteki. Dłużej nie będę, bo ramię mnie od tego boli, a kręgosłup się krzywi. Nowe torebki są więc rozmiaru średniego, chociaż format A4 się w nie mieści, tak na wszelki wypadek.

A zatem – co jest absolutnie konieczne w wyposażeniu tego niezbędnika, bez którego życie kobiety byłoby o wiele bardziej uciążliwe?

– dokumenty – to oczywiste. W twardych okładeczkach.

Mama, kierowana mądrością kobiet ciężko doświadczonych w środkach komunikacji publicznej, kładła mi do głowy, żeby ważnych rzeczy nigdy, ale to nigdy nie nosić razem. Bo jeśli ukradną… Tak więc i ja rozdzielam. Jedna karta kredytowa tam, gdzie dowód, druga w portfeliku z pieniędzmi i kartami mniej ważnymi – do empiku, na przykład. No właśnie, jest przecież

– portfelik. A potem – klucze. Bez tego, ani rusz.

Dalej zaczynają się rzeczy może już niekonieczne, lecz potrzebne. Spośród nich na pierwszym miejscu stawiam

– małą kosmetyczkę. Naprawdę małą, z cienkiej skóry, kupioną kiedyś w Holandii. Mieści się w niej podstawowy zestaw przyborów: malutkie cążki, pilnik, nożyczki, pęseta, parę kosmetyków, kartonik ibupromu… A, i sznureczek małych pereł, oprawionych w srebrny drucik. Tak, na szyję.

Kobieta pracująca musi mieć przy sobie coś do pisania, czyli – pióro wieczne w etui. Druga część etui znakomicie nadaje się na – pendrive z materiałami potrzebnymi w pracy. Do pisania służy również – mały notatnik. Na szczęście, mam jeszcze zapas świetnych notatników kupowanych we Włoszech, tamtejszej firmy cartilia. Kołonotatniczki różnego formatu, z pięknie zaprojektowanymi okładkami w twardej, półprzezroczystej obwolucie. Niezniszczalne.

Pióro może zawieść, więc na wszelki wypadek w torebce znalazły się jeszcze – długopis + ołówek. Rozmiarów minimalnych,  drewniane z paroma elementami metalowymi, japońskie Muji. W śmiesznym mini-piórniczku z grubego, czarnego płótna, też Muji. Przy okazji trafił tam – drugi pendrive, z tekstami prywatnymi. Nie zawsze go zabieram, ale czasem muszę.

Do tego jeszcze – kalendarzyk. Mały! Podobnie jak notes, też w twardych, plastykowych okładkach. Okazuje się, że taki miniaturowy całkowicie wystarcza. Duży, solidny, formatu książkowego, z rozmaitymi zapiskami, trzymam w domu.

Teraz pora na trochę elektroniki, czyli:

– telefon. Czasem w torebce, częściej w kieszeni. Model z klapką, więc bez żadnych gadżetów chroniących klawiaturę.  Sam się chroni.

– odtwarzacz mp4 ze słuchawkami. Oczywiście, w etui. Trudno, taki mam gust, że czasami slucham.

Najwięcej miejsca w torebce zajmuje – spora, płaska kosmetyczka, z takich zapinanych na suwak. W niej można znaleźć

– grzebień. Za duży, żeby trafił do tej malutkiej.

– chusteczki higieniczne.

– scyzoryk. Bez komentarzy.

– małą zwijaną miarkę, długości 1m.

– kluczyki do samochodu. Nie prowadzę, ale przydają się, jeśli wyjeżdżamy z mężem.

– listy zakupów. Sama zrobiłam dla nich okładki – mini teczkę z plastiku. To wygodniejsze, niż upychanie rozmaitych karteluszków, gdzie się da.

Czasami w tej dużej kosmetyczce ląduje także – ładowarka do telefonu. Natomiast z głębin torebki wyciągnąć też można etui z

– zapasowymi okularami. Czasem się przydają.

No i to właściwie wszystko, z kompletu podstawowego. Czy mogłoby być tego mniej? Pewnie tak, ale dylematy, czy zrezygnować z ołówka do brwi, czy ze szminki, byłyby jednak nie na miejscu.

Generalnie, uwielbiam torebki z dużą ilością przegródek, kieszeni czy skrytek. Żadna nie pozostaje niewykorzystana. Takie pakowanie w kosmetyczki i etui ma jednak tę zaletę, że przepakowywanie się z jednej torebki do innej to kwestia paru chwil. Do tego, można zaoszczędzić sobie stresu, a w końcu to się we wszystkich tych łamigłówkach liczy najbardziej.

Aha, w tym niezbędniku jak najbardziej osobistym znalazł się również kawałek lawy z Etny.

Rubia

 

 

 

O minimalizmie – z dobrą wolą

Owszem, sama idea jest pociągająca i bliska mojemu sercu. Nie przywiązywać się do dóbr materialnych, nie otaczać nadmiarem przedmiotów, nie ulegać pokusie gromadzenia. Postawa taka, świadomie pielęgnowana i potwierdzana własnym życiem (nietrudno z ubóstwa robić cnotę i wmawiać tym, którzy są biedni, że tak naprawdę nie potrzebują tych wszystkich rzeczy, których pragną, ale przecież nie o to chodzi), w kulturze europejskiej jest znana od starożytności i nigdy właściwie nie zanikła, choć też nigdy nie była dominująca. Nie jest to więc żadne dziwactwo ani „nowinka” przeszczepiona zza oceanu, gdzie od nadmiaru dóbr ludziom się w głowach poprzewracało. Korzystający z kąpieli słonecznych w beczce Diogenes, który niesłusznie został obwołany patronem starczych zaburzeń osobowości polegających na skrajnym zaniedbaniu i kompulsywnym gromadzeniu odpadków, mógłby z powodzeniem użyczać swego imienia i autorytetu tym właśnie, co dystansują się od powszechnego pędu do posiadania. Bo że za owym pędem kryją się rozmaite braki i poczucie niedosytu niekoniecznie w sferze materialnej – a, co tam, nie będę tutaj filozofować. Diogenesowi natomiast, jak głosi słynna anegdota,  nie brakowało niczego. Jedynie tego słońca, które zasłonił Aleksander Macedoński, kiedy przed nim stanął.

O tym, że minimalizm jest postawą nie tylko słuszną, lecz i piękną, pisała bardzo przekonująco Dominique Loreau w „Sztuce prostoty”. Kupiłam sobie tę książkę dawno temu, kiedy jeszcze nie była przetłumaczona na polski i przeczytałam z ciekawością. Spodobała mi się. Nic, tylko wcielać w życie poglądy autorki. Dopiero później przyszło mi do głowy, że ten uporządkowany (zresztą według wzorców japońskich), harmonijny świat jest skrojony na miarę singla. Albo singielki. Podobne wrażenie odnoszę czytając rozmaite programy zwolenników koncepcji 100 przedmiotów. Nie chodzi zresztą o ich liczbę. Wszystko fajnie i nawet słusznie, ale jak ma się w tym świecie odnaleźć kobieta, która swą przestrzeń życiową dzieli z mężem i dwoma dorastającymi synami, trzema kotami i psem? Dość regularnie w tę przestrzeń wkraczają koledzy synów, przyjaciele, rodzina – i to taka, co jak przyjedzie, to zostanie na parę dni. Bądź tu, człowieku, minimalistą bez dodatkowych ręczników i paru zmian pościeli! Albo bez wielkiego garnka (rondla, woka), który zajmuje nadspodziewanie dużo miejsca w twojej minimalistycznie wyposażonej szafce. Zresztą, nie potrzeba najazdu rodziny. Jeśli kobieta pracuje poza domem, to nawet bez oficjalnego dress code ciuchy do pracy musi mieć, i to zdecydowanie inne od tych po domu. A jak na urlop wyjeżdża, to w czym? W tych bermudach, co w nich ogródek pieliła? Wolne żarty, panie i panowie minimaliści.

A książki, te własne i te odziedziczone? A albumy zdjęć rodzinnych? A ten serwis, co go mama dostała w prezencie ślubnym, i chociaż paskudny jest nad wyraz, to w międzyczasie stał się świadkiem domowej historii?

Łatwo jest zostać minimalistą, kiedy dopiero zaczyna się życie na swoim. Potem – coraz trudniej, gdyż rzeczy tak dziwnie cicho, spokojnie, lecz bezlitośnie zaczynają do nas przylegać. A pozbyć się ich – o, to wcale nie takie proste. Bo może się okazać, że się do nich przywiązaliśmy…

Ale przybywanie rzeczy to jednak proces odwracalny. I można nim pokierować. I zrobić to na dowolnym etapie życia. Niezależnie od płci, wieku i prawie niezależnie od stanu rodzinnego.

A zatem – zaczynam. Prowadzenie bloga, naturalnie, gdyż różne działania motywowane minimalistycznie nie są mi obce już od jakiegoś czasu.

Rubia